Liderka Barbara Baj-Wójtowicz

 

 

 

 

 

ONZ, opracowując listę dziesięciu najważniejszych innowacji w rolnictwie, umieściła na pierwszym miejscu agroleśnictwo. To system produkcji rolnej – z jednej strony zapewniający dostawy żywności wysokiej jakości, a z drugiej – pozwalający łagodzić zmiany klimatyczne. Inicjatorką przestawiania gospodarstw na system agroleśny w Polsce, jest dr Barbara Baj-Wójtowicz, która opowiedziała Marii Sikorskiej między innymi o innowacyjnym modelu produkcji, przetwórstwa i dystrybucji ziół w Dolinie Zielawy, który został wyróżniony przez Komisję Europejską.

Mówi się o Pani: PROMOTORKA AGROLEŚNICTWA. Wyjaśnijmy – co to jest agroleśnictwo?

To sposób użytkowania gruntu rolnego w sposób naśladujący piętra lasu, układ warstw roślinności, jaki znamy z lasu – z tym, że stosowany na gruntach rolnych. Często termin agroleśnictwo wywołuje skojarzenia z prowadzeniem upraw lub wypasem zwierząt w lesie, co jest oczywiście nieporozumieniem. Agroleśnictwo, to wykorzystanie struktury pięter lasu na użytkach rolnych. Czyli innymi słowy, prowadzenie produkcji rolnej w określonym systemie na gruntach rolnych, a nie w lesie. Warto podkreślić, że agroleśnictwo to system produkcji rolnej umożliwiający uprawę dwóch lub więcej różnych gatunków na tym samym areale rolnym – bez utraty wysokości plonu i korzyści ekonomicznych z hektara. To także system umożliwiający zarówno uprawę drzew lub krzewów wraz z innymi roślinami oraz wypas zwierząt na tym samym areale rolnym. Ja prowadzę uprawy w systemie agroleśnym.

Jakie korzyści daje prowadzenie uprawy w systemie agroleśnym?

Pozwala to na uzyskanie podwójnego lub wielokrotnego dochodu z tego samego areału. To system uprawy zmniejszający nakłady na produkcję rolniczą, w tym na plewienie i nawadnianie, które rosną w dobie postępujących zmian klimatycznych i trwającej od kilku lat w Polsce suszy, ponieważ pomaga zatrzymać wodę w glebie, zwiększając uwodnienie pola i zapobiegając intensywnemu parowaniu. Uprawa agroleśna charakteryzuje się zadarnieniem gleby niskimi roślinami współrzędnymi, co zapobiega wzrostowi chwastów oraz erozji gleby. Pozwala ona również na efektywne wykorzystanie nawozów poprzez ich wchłanianie, najpierw przez korzenie roślin płytko ukorzenionych, a następnie przez rośliny głęboko ukorzenione – w ten sposób eliminuje się spływanie nadmiaru nawozów do rowów i cieków wodnych i zanieczyszczanie morza. To nie wszystkie korzyści środowiskowe. Uprawa dwóch lub kilku gatunków na tym samym polu eliminuje szkodliwe monokultury i wspiera bioróżnorodność. Dzięki wprowadzeniu do uprawy agroleśnej gatunków rzadkich i przyrodniczo cennych, rolnictwo zapewnia ich przetrwanie, ochronę oraz dostęp do cennego surowca.

Agroleśnictwo to prowadzenie uprawy roślin różnych gatunków na tym samym areale w systemie współrzędnym, jak również produkcja żywnościowa i nieżywnościowa np. uprawa rolnicza w międzyrzędziach roślin szybkiej rotacji bądź drzew nieowocowych. Dzięki temu, oprócz typowych surowców rolnych w gospodarstwie, uzyskuje się np. biomasę energetyczną, drewno dla przemysłu meblowego, zrębki i korę do ściółkowania, mulcz do ściółkowania upraw lub do produkcji peletu itd.

Dlaczego uprawy w systemie agroleśnym są idealnym rozwiązaniem dla rolnictwa regeneratywnego (charakteryzującego się ujemnym śladem węglowym), które powinno być wprowadzane nie tylko na gruntach marginalnych, ale na coraz większych terenach objętych intensywnym rolnictwem?

W systemie agroleśnym, każdy z jego elementów wpływa pozytywnie na pozostałe z nim współrzędne, podnosząc efektywność ekonomiczną gospodarstwa rolnego oraz wpływając pozytywnie na zdrowie gleby oraz wód. Uprawy agroleśne zapobiegają erozji wietrznej i wodnej gleby, poprzez zadarnienie całej powierzchni lub poprzez stosowanie ściółki, która dodatkowo buduje warstwę próchnicy, co użyźnia glebę i zwiększa jej pojemność wodną. To przywrócenie równowagi w glebie, w tym właściwych stosunków wodnych. Pozwala na rolnicze wykorzystanie również gruntów wymagających rekultywacji. System agroleśny umożliwia także zatrzymanie węgla w glebie, zmniejsza zapotrzebowanie roślin na nawozy sztuczne i ogranicza zanieczyszczanie nimi wód gruntowych. Uprawy w systemie agroleśnym, są idealnym rozwiązaniem dla rolnictwa regeneratywnego, które powinno być wprowadzane nie tylko na gruntach marginalnych, ale na coraz większych terenach objętych intensywnym rolnictwem. Bowiem rolnictwo przemysłowe, poza pogarszaniem stanu gleby poprzez intensywne stosowanie środków chemicznych, wpływa również na ograniczenie populacji pożytecznych owadów. Rolnictwo regeneratywne, to także przywracanie równowagi środowiskowej i odbudowa różnorodności biologicznej, czyli rezygnacja z rozległych monokultur na rzecz upraw współrzędnych. Bo wyobraźmy sobie uprawę zbóż w systemie alejowym z drzewami. Liście z tych drzew, to dodatkowa warstwa użyźniająca glebę, korzenie tych drzew to magazyny wody oddawanej później roślinom współrzędnym. A jeśli gatunki są odpowiednio dobrane, to również metoda na wiązanie azotu w glebie – tak potrzebnego uprawom zbożowym. Przez lata, zanim drzewo zostanie wycięte w ramach rotacji, w jego konarach będą znajdowały schronienie ptaki, a zapylacze korzystały z nektaru, co przy okazji zwiększy zainteresowanie tych owadów zapyleniem rośliny współrzędnej. Jeśli te drzewa będą dodatkowo dawały np. surowiec zielarski, tak jak lipa, głóg, akacja itd., to mamy kolejną wartość dodaną.

Uprawy w systemie agroleśnym były już stosowane w przeszłości, ale obecnie można je zintensyfikować i zmechanizować, dzięki postępowi nauki i dostępowi do odpowiednich maszyn i narzędzi. Można wprowadzić elementy rolnictwa precyzyjnego oraz zdalnego zarządzania produkcją rolną?

Agroleśnictwo było systemem uprawy stosowanym w przeszłości, który zamieniono na bardziej intensywny sposób gospodarowania, co doprowadziło m.in. do wielu problemów środowiskowych. Oczywiście, teraz w systemie agroleśnym uprawia się inne rośliny, nowe odmiany, stosuje inne agrotechniki oraz zdobycze rolnictwa precyzyjnego. Przykładowo, ja korzystałam z mapowania gleb za pomocą georadaru, co pozwoliło ustalić precyzyjnie profil glebowy i dobrać adekwatną metodę sadzenia oraz ściółkowania. Tak opracowane mapy glebowe, zostały zaimplementowane do programu do zarządzania gospodarstwem, który umożliwia monitorowanie stanu plantacji, ewidencjonowanie prowadzonych zabiegów czy zbieranych plonów. Dodatkowo, zainstalowana stacja monitoringu gleby umożliwia ciągłe kontrolowanie warunków panujących na plantacjach, takich jak wilgotność gleby w strefie korzeniowej roślin, warunki agro-klimatyczne, temperaturę przy gruncie, stan uwilgotnienia liścia itd. Aplikacja ma możliwość zdalnego przesyłania danych, z częstotliwością nawet co pół godziny oraz alertów – wtedy, gdy warunki zbliżą się do alarmujących, np. gdy spadnie wilgotność poniżej akceptowalnego poziomu. Aplikację taką można obsługiwać z poziomu telefonu czy tabletu, co bardzo ułatwia pracę. Warto dodać, że w uprawie agroleśnej, można z powodzeniem prowadzić prace zmechanizowane, takie jak np. zbiór zbóż kombajnem, a podczas orki czy siewu, korzystać z GPS i aplikacji. Jeden z innowacyjnych startupów, zaproponował mi testowanie opracowanego przez siebie urządzenia do wykonywania badań na patogeny na polu z możliwością otrzymania wyniku niemal od razu. Tego typu rozwiązania, mogą być stosowane nie tylko w rolnictwie konwencjonalnym. One doskonale sprawdzają się w agroleśnictwie.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/articles/promotorka-agrolesnictwa-dr-barbara-baj-wojtowicz

https://agronomist.pl/

Liderka Grażyna Wiatr

 

 

 

 

Po każdej burzy wychodzi słońce – o tym, jak bardzo prawdziwe jest to przysłowie, przekonała się Grażyna Wiatr. Dokładnie dziesięć lat temu burza z gradobiciem zdziesiątkowała jej sad. Owoce nie nadawały się na eksport. Sadowniczka stwierdziła wtedy, że z jednej partii jabłek próbnie wytłoczy sok, a ten okazał się rynkowym hitem. I tak zaczęła się jej sokowa pasja, która trwa do dziś. Z nazywaną w województwie łódzkim „sokową królową” porozmawiała Maria Sikorska, autorka telewizyjnego programu „Agropasja”.

-Pamięta Pani ten moment, gdy rodzinny sadowniczy biznes stanął pod znakiem zapytania?

-Tego nie da się zapomnieć. Stanęłam w naszym siedemnastohektarowym sadzie i natychmiast zaczęłam szacować straty po tej katastrofalnej burzy. Nie bez przyczyny mówią o mnie, że jestem w gorącej wodzie kąpana, więc gorączkowo myślałam – co dalej? Przypomniało mi się wtedy, jak bardzo w dzieciństwie lubiłam pić soki, które robiła moja babcia – bo pochodzę z rodziny, która sadownictwo ma we krwi od pokoleń. Wpadłam więc na pomysł, by uratować choć część jabłek i przetłoczyć je na sok. A dziesięć lat temu sok tłoczony nie był zbytnio popularny i dostępny w sklepach. Nie wiedziałam, czy współczesny konsument go zaakceptuje, żeby nie powiedzieć – przełknie – bo jest mętny, ma inny kolor i smak od konwencjonalnych soków.

-Jak wyglądało badanie rynku?

-Najpierw nasz sok testowali najbliżsi – wnuczka, znajomi, dzieci z pobliskich szkół, potem wyruszyłam na różne jarmarki, festyny w województwie łódzkim. Okazało się, że degustacji nie było końca. Coraz więcej osób zaczęło się pytać, gdzie można kupić nasz sok. Rozdzwoniły się telefony, pojawiły się zamówienia. Podjęliśmy wtedy z mężem decyzję, że rozwijamy tłocznię. Z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich w ramach działania „Różnicowanie w kierunku działalności nierolniczej”, pozyskaliśmy fundusze na ten cel – 100 tysięcy złotych. Kupiliśmy linię technologiczną. Produkcja ruszyła. Nasz pierwszy sok – jabłkowy – bez konserwantów, wody i tylko z naturalnym cukrem, w 2011 roku został wpisany na Listę Produktów Tradycyjnych prowadzoną przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Potem nasze soki z Kałęczewa uzyskały znak jakości potwierdzający tradycyjny charakter produktu, czyli znak „Jakość, Tradycja”. Otrzymałam także nagrodę w konkursie „Sposób na sukces”. To dało mojej rodzinie wiatr w żagle. Klienci zaczęli się jednak dopytywać o inne smaki soków, więc zaczęłam wymyślać, jakie ciekawe połączenia mogłyby im zasmakować. I tak jabłko zaczęłam łączyć z innymi owocami, warzywami, na końcu doszły także zioła.

-I tak powstało ponad pięćdziesiąt różnych soków.

-Jestem dowodem na to, że nieszczęście może rodzić szczęście. Mówi się, że życiem rządzą przypadki, ale czy to gradobicie dziesięć lat temu to był przypadek? To chyba było przeznaczenie. Teraz soki pochłaniają mnie i moją rodzinę bez reszty. Niektóre kompozycje smakowe podpowiadają klienci, na inne wpadamy sami – w różnych sytuacjach. Tłoczymy soki z owoców z naszego gospodarstwa sadowniczego, które jest objęte Programem Integrowanej Produkcji Owoców oraz z owoców pochodzących od lokalnych sadowników i owocowo-warzywnej grupy producenckiej, do której należę. Owoce są tłoczone i poddawane pasteryzacji w temperaturze 80 stopni Celsjusza. Uzyskane soki są mętne, posiadają bogaty bukiet smaków i wartości odżywczych.

-Można powiedzieć, że soki to witaminy zaklęte w butelce?

-Dokładnie, bo przecież oprócz tego, że soki tłoczone są smaczne, to przecież samo zdrowie – zawierają witaminy, których potrzebujemy do codziennego funkcjonowania i utrzymania zdrowia. Uzupełniają braki składników odżywczych, wspierają organy wewnętrzne, takie jak nerki czy serce, regulują pracę jelit, odżywiają skórę oraz chronią przed nowotworami – dzięki antyoksydantom. Oczywiście, w zależności od tego, z czego jest stworzony dany sok, ma różne właściwości.

-Które smaki soków cieszą się największym powodzeniem?

-Sok czysty jabłkowy nie przestaje cieszyć się powodzeniem od lat. Moda na różne połączenia smakowe zmienia się jednak co jakiś czas, co odczuwamy. Dzieci uwielbiają sok jabłkowo-gruszkowy. Wśród dorosłych powodzenie ma połączenie jabłka z miętą. Poruszenie na rynku wywołał sok jabłkowy ze stosunkowo nowym na polskim rynku owocem – mini kiwi. Wyszło – moim zdaniem, intrygujące połączenie smakowe. Sokowi smakosze się w nim zakochali. Zainteresowaniem cieszy się też połączenie: jabłko, jęczmień, owies, które dobrze wpływa na wątrobę i trzustkę. Jeszcze kilka lat temu niezwykłą popularnością cieszył się sok: jabłko, czerwony burak, czarna porzeczka, czarny bez, bo wzmacnia odporność i podnosi witalność. Zauważyliśmy, że w dobie sytuacji związanej z koronawirusem, znowu zwiększył się na niego popyt. Nasze ostatnie odkrycie smakowe, to połączenie jabłek z aloesem. Muszę powiedzieć, że jest boom na aloes, bo to roślina o bardzo dobroczynnym działaniu, która wzmacnia naszą odporność, a w obecnych czasach wszyscy poszukują sposobów, by się naturalnie wzmocnić. Połączenie jabłko – mniszek lekarski też szybko znika teraz z pólek, w końcu mniszek – według tradycji ludowej, chroni nas przed infekcjami i jest dobry na kaszel.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/articles/z-sadu-do-butelki

https://agronomist.pl/

Na winnicy w spódnicy

 

 

 

 

 

Przebojem wdarła się do świata producentów win – biznesu zdominowanego przez mężczyzn. Jest pełna determinacji i wiary w sens tego, co robi – traktuje to jak misję. W dolnośląskiej winnicy zajmuje się produkcją wina biodynamicznego. Nie stosuje chemii syntetycznej, produktów GMO, a w swych działaniach uwzględnia fazy Księżyca. Z Pauliną Bielak – kobietą oplecioną winoroślą, która prowadzi popularnego bloga „Na winnicy w spódnicy”, rozmawiała Maria Sikorska, autorka telewizyjnego programu Agropasja.

– Tak naprawdę, to od 2014 roku winnica stała się naszym głównym rodzinnym źródłem utrzymania. Dołączyłam wtedy do projektu Winnice Wzgórz Trzebnickich do mojego partnera Rafała Wesołowskiego. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Oboje zrezygnowaliśmy z dotychczasowych działalności. Stwierdziliśmy, że jeżeli chcemy stworzyć dobre wino, to musimy się temu oddać w stu procentach. Początki winnej przygody to zdecydowanie winnica. Miłość do wina pojawiła się później – przy pierwszym procesie winifikacji, przy pierwszych zborach. Gdy zobaczyłam sens i odzwierciedlenie tego, co dzieje się na polu, w tych małych czerwonych kropelkach i w magicznie szumiących zbiornikach. Teraz, nasze życie kręci się wokół winnicy. Tu jest nasz dom, winiarnia, tu wychowują się nasze dzieci. Trzyletni Staś już od dziecka ma zdjęcia w wózku – ze swoją butelką mleka w dłoni, z winobraniem w tle. Helena także wyrasta w winiarskim klimacie. Można powiedzieć, że nasza rodzina jest opętana winoroślą.

– Czy tematy związane z enoturystycznym światem były Tobie bliskie zanim zaczęliście prowadzić własną winnicę?

– Szczerze mówiąc – nie. Pochodzę z małej miejscowości, ale moi rodzice nie byli rolnikami. Spędzałam jednak wakacje na wsi i te wspomnienia wiejskich klimatów na zawsze we mnie zostały. Przyznam, że tematyka roślin była mi kiedyś zupełnie obca. W domu rodzinnym do tej pory wspominają, że potrafiłam ususzyć nawet odpornego na brak wody kaktusa. To się zmieniło. Studiowałam bezpieczeństwo żywności na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Oblałam kilka razy botanikę. W pewnym momencie zawzięłam się i postanowiłam wreszcie zaliczyć ten przedmiot. Tak „wgryzłam się” w temat, że… zaczęłam go kochać. Botanikę zaliczyłam bez problemu. Zapisałam się do koła naukowego genetyków i hodowców roślin. Moją pasją stało się tworzenie roślin metodą in vitro. Prowadząca mnie pani profesor pozwalała mi na wiele. Hodowałam rośliny akwariowe metodą in vitro. Potem, podczas studiów, pojawiła się praca w laboratorium. Cały czas poszukiwałam przestrzeni i możliwości rozwijania się, bez rutyny i monotonii.

– I tak pojawił się temat produkcji wina?

– Dokładnie! Po studiach inżynierskich – technologii żywności i ukończonej specjalizacji: owoce i warzywa, pojawiły się elementy produkcji technologii wina. Jak zobaczyłam winnicę – jak rosną rośliny, ile pracy trzeba włożyć, by powstało wino, poczułam, że właśnie w tym się odnajdę. W laboratorium tworzyłam pożywkę zupełnie sztucznie. W winnicy można działać w naturze, „na żywym organizmie”.

– I zaczęliście działać – na Wzgórzach Trzebnickich?

– Zaczęłam od świadomej degustacji poszczególnych win. Zaczęłam nazywać ich aromaty. Nie potrafiłam ich wtedy fachowo nazwać, konkretne wino kojarzyło mi się po prostu z jakimś miejscem. Te aromaty to były dla mnie podróże po świecie smaków. Jestem zakochana w odmianie pinot noir. Robienie tych win daje niezłą zabawę i duża satysfakcję. Pamiętam pierwszy rozpoznany aromat – politura. Skojarzył mi się ze szkołą muzyczną i klasą fortepianu, z lukrecją i perfumami babci, latem w ogrodzie, truskawkami, wiśniami, ciepłem słońca.

– Można powiedzieć, że teraz jesteś ekspertem i koneserem win. Jak ci się działa w tym męskim świecie winnic?

– Koneserem tak, do eksperta jeszcze daleka droga. Ciągle pojawiają się nowe problemy do rozwiązania, które wymagają ciągłego szukania, poszerzania wiedzy. Przykład – pod koniec zeszłego roku podjęliśmy decyzję, że musimy zmienić sposób cięcia winnicy, zmienić formę jej prowadzenia. Jedyne informacje o nowym sposobie działania znaleźliśmy w literaturze włoskiej, więc trzeba było zacząć przyspieszony kurs języka. Daliśmy radę – wiedza przyswojona, winnica pocięta. Rzeczywiście, choć coraz więcej kobiet prowadzi w Polsce winnice, świat winiarzy jest zdominowany przez mężczyzn. Gdy przyjeżdżają koneserzy wina na degustację, czasami muszę głośno chrząknąć, by to na mnie spojrzeli, gdy chcę zacząć mówić o winie. Najpierw – jakby odruchowo, szukają wzrokiem fachowca płci męskiej. Chyba właśnie dlatego założyłam bloga – „Na winnicy w spódnicy”, by pokazać, że kobiety także działają w winnicach. By pokrzykiwać – tu jestem, działam z pasją! Dzielę się także swoją wiedzą w zakresie biodynamiki w winnicy, bo to temat dość nowy w Polsce. Od kilku lat intensywnie podążamy z rodziną w kierunku życia zgodnie z naturą.

– Co was do tego skłoniło? Był jakiś konkretny impuls?

– Nasze pierwsze dziecko – Staś, jest uczulony na glutaminian sodu i na środki ochrony roślin. Siłą rzeczy, zaczęliśmy więc jeść jeszcze zdrowiej, bardziej świadomie dobierać produkty, sami robić wędliny, gotować. Staś nie mógł jeść każdego owocu dostępnego na rynku, tylko wybrane. Nasze winogrona nigdy go jednak nie uczulały. Postanowiliśmy wtedy, że jeszcze bardziej świadomie będziemy robić wino. Byliśmy w kinie na filmie „Natura kobiety i wino”. Właśnie wtedy pojawiło się hasło biodynamika. Przez pryzmat filmu, na początku postrzegałam biodynamikę jako czary. Nie mogłam pojąć – dlaczego mam robić w winnicy oprysk z pokrzywy, przygotowując wywar wcześniej – mieszać go w prawo, mając przy tym obowiązkowo uśmiech na twarzy. Jednak mój mąż wyjaśnił mi, że to nie czary, a czysta fizyka. Zrozumiałam wtedy, że to ma sens. Teraz opieramy się na (kalendarzu) zasadach biodynamicznych. Robimy u nas wszystko zgodnie z naturą, z fazami Księżyca. Wino powstaje bez sztucznych nawozów, pestycydów i sztuczek technologicznych.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/articles/na-winnicy-w-spodnicy

https://agronomist.pl/

Sytuacja kobiet na wsi

 

 

 

 

 

Jesteśmy świadkami znaczącej zmiany obecności kobiet z terenów wiejskich w sferze publicznej. Nabrały mocy i rozpędu. Połączenie ich wiedzy z pomysłowością i przedsiębiorczością sprawia, że stały się nie tylko inspiracją dla kobiet miejskich, ale także siłą napędową wsi. Potwierdza to rolniczka Marta Gwardiak z podlaskiej gminy Szumowo, która wraz z mężem, prowadzi gospodarstwo nastawione na produkcję mleczną. Zna się na rolnictwie doskonale i jako jedyna w gospodarstwie, inseminuje krowy. Zajmuje się jednak nie tylko tym.

Obecnie mamy nową oborę wolnostanowiskową, która jest usytuowana na naszej działce. Mamy tutaj ok. 60 sztuk krów dojnych i tyle samo jałowizny – w różnym wieku. Na przestrzeni lat życie kobiet na wsi bardzo się zmieniło, zadaniem kobiet nie jest wyłącznie prowadzenie domu i samego obejścia. Wspólnie z mężem prowadzę tutaj księgowość, karty zwierząt, ocenę stada. papierkowa robota jest zrzucona tylko na kobiety – opowiada Marta Gwardiak.

Jak wynika z badania „Sytuacja kobiet na wsi”, wykonanego przez Martin&Jacobs na zlecenie banku BNP Paribas, ponad 70% polskich rolniczek jest zadowolonych z życia na wsi. Doceniają spokój i bezpieczeństwo. Ponad 90% z nich nie zamierza emigrować do miast. Nie czują się dyskryminowane ani wykluczone.

Na wsi żyje się dużo lepiej kobietom. Mają dostęp do wszystkiego. Wiele rzeczy można zamawiać przez Internet, mamy czas żeby wyjechać do teatru, wybrać się z przyjaciółkami w góry – wylicza Agata Głuszcz, rolniczka z Zubek małych.

Kobiety stanowią ponad 40 proc. siły roboczej w rolnictwie i prowadzą około 30 proc. wszystkich gospodarstw. Co czwarta rolniczka w Polsce prowadzi gospodarstwo o powierzchni większej niż 100 hektarów. Przybywa również kobiet zarządzających biznesem rolnym – w szczególności na Kujawach i Pomorzu, a także w Wielkopolsce i na Mazowszu. Z badania wynika również, że kobiety zaangażowane w prowadzenie przedsiębiorstw rolnych są niezależne i nowoczesne. W zdecydowanej większości, uważają się za zaradne i dobrze zorganizowane, co znajduje potwierdzenie w realnym życiu. Zaangażowanie pań w sektorze rolniczym pozwala na nowe spojrzenie na agrobiznes.

Jak patrzymy na kobiety, to pewnie działa cały czas ten mechanizm, że jeżeli kobieta ma odnieść sukces, to musi być przynajmniej raz lepsza od mężczyzny. W związku z tym, one są bardzo odważne i śmiałe, ale tego nie należy mylić z brawurą. Też finansujemy rolniczki, jako klientki. Widzimy, że są bardzo wymagające, ich decyzje i inwestycje, są bardzo głęboko przemyślane. Mogą wydawać się niestandardowe, daleko idące, ale tam ryzyko jest tam bardzo dokładnie wyeliminowane, a decyzja sama z siebie jest odważna w pozytywnych aspektach. Nie boją się podjąć nowych działań, natomiast to nie jest tak, że biorą ryzyko na siebie, które jest niepotrzebne – ono jest zawsze wyeliminowane – mówi Bartosz Urbaniak, szef bankowości AGRO BNP Paribas na Europę Środkowo-Wschodnią i Afrykę.

Badania wskazują, że Internet pełni w życiu rolniczek bardzo istotną rolę, to prawdziwe okno na świat. 98% badanych kobiet robi zakupy przez Internet. Blisko 80% korzysta z bankowości internetowej.

– Od 2016 roku organizujemy wydarzenia kulturalne dla kobiet z sektora rolno-spożywczego, które są prowadzone pod nazwą Agro na obcasach. Kiedy w kwietniu 2019 roku uruchomiliśmy portal Agronomist, zauważyliśmy, że ponad połowa naszych użytkowników, to kobiety. Nie mogliśmy wobec tego faktu przejść obojętnie i jako jedyny bank w Polsce, stworzyliśmy przestrzeń dla tych kobiet, zatytułowaną Agro na obcasach – podkreśla Katarzyna Wielgosz, menadżer projektu, portal Agronomist BNP Paribas Bank Polska S.A.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/articles/sytuacja-kobiet-na-wsi-a8e2a

https://agronomist.pl/

Sołtyski rządzą!

 

 

 

 

Kobiety od dawna piastują różnorodne funkcje publiczne, ale ostatnio pojawił się nowy trend – coraz częściej wiodą one prym na wsi. W wielu gminach ponad połowę sołtysów stanowią panie, w niektórych sołtyski stanowią nawet zdecydowaną większość. W połowie XX wieku na 40 tysięcy liderów wsi, kobiet było tylko…317. Obecnie sołtyskami jest ponad 14 tysięcy pań.

Trudno w to uwierzyć, ale zaangażowanie w lokalne życie publiczne kiedyś było domeną mężczyzn. Aktywność kobiet w samorządzie wiejskim w dwudziestoleciu międzywojennym oraz po wojnie była rzadkością. Sołtysi na ziemiach polskich funkcjonowali od 1188 roku. Od wieku XV do XVII stali się nadzorcami pańszczyźnianymi i pomocnikami właścicieli wsi. W latach 1954-1972 byli pośrednikami między mieszkańcami wsi a gromadzką radą narodową, potem między mieszkańcami a gminną radą narodową oraz naczelnikiem gminy. Obecnie, sołtysi są najczęściej radnymi o zdolnościach menadżerskich. Są to osoby, które aktywnie próbują wpływać na rozwój danej jednostki terytorialnej. Na dodatek to ważni partnerzy negocjacyjni między mieszkańcami a wójtem.

Zaangażowanie w samorząd wiejski może być dla kobiet sposobem wyjścia „poza” tradycyjne role, realizacji różnych ambicji, choćby zawodowych. Dlaczego przybywa sołtysek? Z jednej strony wynika to z marginalizacji funkcji sołtysa, a także z tego, że nie wiąże się ona z takimi finansowymi profitami jak kiedyś. Dawniej mężczyźni startowali na to stanowisko ze względów ambicjonalnych. Z drugiej strony, kobiety są bardziej wrażliwe na potrzeby społeczne. Można pokusić się o stwierdzenie, że panie mają po prostu większy kapitał społeczny, mogą zrobić wiele dla idei – wyjaśnia Piotr Grętacz, socjolog.

Pełnienie funkcji gospodarza wsi, choć tak naprawdę jest funkcją honorową, jest wyzwaniem, które z pewnością nie polega tylko na pobieraniu podatków rolnych czy od nieruchomości. Przekonała się o tym Małgorzata Janczak, która od roku łączy pracę i prowadzenie niewielkiego gospodarstwa z funkcją sołtysa. Stoi na czele sołectwa Rzymsko w województwie wielkopolskim. W działalność społeczną angażowała się odkąd pamięta, także jako radna gminy Dobra. Odkąd jest liderką wsi, zainicjowała spotkania integracyjne mieszkańców, festyny rodzinne, ogniska dla najmłodszych, założyła także koło gospodyń wiejskich. Zadbała również o to, by wyremontować świetlice wiejską z funduszu sołeckiego.

Sołtys reprezentuje sołectwo na zewnątrz, organizuje zebrania wiejskie. Jest pośrednikiem między gminą a mieszkańcami wsi. Zajmuje najniższy szczebel w hierarchii samorządowej, ale jego funkcja ma przecież nie tylko formalny wymiar. Sołtysi to nietypowi urzędnicy, bo są dostępni właściwie całą dobę. Można powiedzieć, że są za sąsiedzkim płotem. Praca ta daje sporo satysfakcji. Mąż mówi, że za dużo na siebie wzięłam, ale ja bardzo lubię działać i być blisko ludzi, być sołtyską – wyznaje Małgorzata Janczak.

Kobiety mieszkające na wsi dbają nie tylko o domy, wychowanie dzieci czy ogródki. Są sołtyskami, wójtami, liderkami lokalnych projektów, prezeskami stowarzyszeń, działaczkami kół gospodyń i straży pożarnych. Prowadzą księgowość w gospodarstwach, nierzadko mają własną działalność gospodarczą i ubiegają się o unijne środki. Przyglądając się władzy i płci w środowiskach wiejskich, można stwierdzić, że kobiety rządzą polską wsią. Ich udział jest szczególnie widoczny na najniższym szczeblu samorządowym – w samorządzie wiejskim. Funkcję sołtysa obejmują najczęściej kobiety między czterdziestym a siedemdziesiątym rokiem życia. Zazwyczaj utrzymują się one z pracy we własnym gospodarstwie, z emerytury lub renty.

Sołtysi to tacy współcześni eksperci od spraw społecznych. Zmieniają się potrzeby jakości życia na wsi, funkcja sołtysa jest inna niż kiedyś, ale jedno się nie zmieniło – to musi być człowiek, któremu można zaufać. A jak wypełnia obowiązki, mieszkańcy wsi szybko to weryfikują, bo w przypadku sołtysów nie ma miejsca na taryfę ulgową! – przyznaje Aleksandra Kulis, mieszkanka Garwolina.

Funkcja sołtysa ma wieloletnią tradycję. Dawniej zostawał nim najbardziej poważany i często najbogatszy mieszkaniec wsi. Teraz, by zostać opiekunem sołectwa, trzeba spełniać zupełnie inne wymogi. Współczesny sołtys to manager wsi, który musi być dobrze obeznany w wielu kwestiach. Pełni tradycyjną rolę we współczesnym świecie. Na terenach wiejskich działają przecież organizacje pozarządowe – stowarzyszenia, lokalne grupy działania. Można też pozyskiwać fundusze w ramach regionalnych Programów Odnowy Wsi czy Leader. Przywrócenie samorządności po 1989 roku dało społecznościom lokalnym prawo do decydowania o własnych sprawach. Potrzeby mieszkańców wsi są inne niż kiedyś. Próbę wzmocnienia podmiotowości sołectw stanowi obowiązująca ustawa o funduszu sołeckim.

-Teraz sołtys ma inne wyzwania niż kiedyś. Oczywiście musi być dobrym organizatorem, psychologiem i negocjatorem. Powinien mieć dobry kontakt z ludźmi, ale to nie wszystko – ważne, by być obeznanym z komputerem, Internetem, nowymi możliwościami pozyskiwania dotacji. Wyzwania przed sołtysami stawiają nie tylko mieszkańcy wsi, ale przecież również Unia Europejska. Obecnie można przecież pozyskiwać fundusze na różne ciekawe inicjatywy, które są potrzebne mieszkańcom sołectw. Kobiety odnajdują się w tym świetnie! – podkreśla Agata Tymosiak, przewodnicząca KGW Pruszyn.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/articles/sotyski-rzadza

https://agronomist.pl/

Gwoździec – wieś pod kobiecą ręką

 

 

 

 

 

Trendsetterki to już nie tylko określenie blogerek, modelek czy projektantek mody. Coraz częściej przypisywane jest… kobietom wiejskim, które są wprost wybuchową mieszanką tradycji i nowoczesności. W dobie mody na sielskie klimaty, zdrowy styl życia i niepowtarzalne produkty, to właśnie one wyznaczają współczesne trendy. Połączenie ich wiedzy z pomysłowością i przedsiębiorczością sprawia, że stały się nie tylko inspiracją dla kobiet miejskich, ale także siłą napędową wsi. W Polsce powstało nawet wyjątkowo kobiece miejsce – Gwoździec, czyli wieś pod kobiecą ręką.

To niewielka wioska malowniczo położona na Pogórzu Wiśnickim w północnej części gminy Zakliczyn. Jest tu kręta główna droga, wzdłuż której są poustawiane nierzadko stare i drewniane domy. Są także wąskie dróżki, prowadzące do rozstrzelonych między wzniesieniami gospodarstw. Mały wiejski świat tworzą również sklepik z mydłem i powidłem, siedziba ochotniczej straży pożarnej z figurką św. Floriana przed budynkiem, świetlica wiejska i kościół. Poza tym pola, drzewa, góry i – jak to bywa w takich miejscowościach – piękne widoki. Oddalona od miejskiego zgiełku wioska na pozór przypomina setki innych w Małopolsce. A jednak, jeśli dobrze przyjrzeć się lokalnej społeczności, choćby iść do kościoła lub zrobić zakupy w sklepie, można dokonać niebagatelnego odkrycia. Mężczyźni w tej lokalnej społeczności to rodzynki… Dlaczego? Bo tę wieś zdominowały kobiety.

Jak to się stało, że Gwoździec stał się wsią kobiet? Przyczyn jest kilka.

– Jest tu niewiele miejsc pracy w bliskiej odległości. Część mężczyzn wyjeżdża za chlebem za granicę, a kobiety muszą być silne, bo na miejscu same ogarniają dom i dzieci, a także gospodarstwa. Oczywiście panowie nas wspierają, bez nich ciężko byłoby nam się samym utrzymać. Dużo tu gospodyń, co i traktorem potrafią jeździć, i drwa rąbać, a w międzyczasie jeszcze obiad ugotować. Część mężczyzn przeprowadziła się do okolicznych miasteczek i miast, starsze pokolenie mężczyzn po prostu w sporej części powymierało. Mężczyźni są, ale to kobiety są u nas większością. Ich liczba zmienia się oczywiście w różnych latach, ale jest ich naprawdę sporo, są tu liderkami – wyjaśnia Halina Machel, mieszkanka Gwoźdźca.

Wydaje się, że kobiece oblicze wsi Gwoździec było jej po prostu pisane. Patronką parafii i kościoła od najdawniejszych czasów jest kobieta, św. Katarzyna Aleksandryjska. Prawdopodobnie jedną z właścicielek Gwoźdźca była hrabina Lanckorońska. Dyrektorką miejscowej szkoły także jest kobieta. Część członków OSP to również kobiety. Wieloma gospodarstwami też kierują panie. Mieszkanki Gwoźdźca postanowiły wykorzystać swoją kobiecą siłę i zrobić coś dla lokalnej społeczności. Zaczęły szukać sposobu na to, by zespolić ludzi i tchnąć życie w swoją ospałą miejscowość.

Teraz panie śmieją się, że wszystko zaczęło się od… pestek jabłka sprzed siedmiu tysięcy lat, które wraz z ziarnami pszenicy kilka lat temu zostało odkryte we wsi podczas wykopalisk archeologicznych. Stwierdziły, że skoro było jabłko, to była też i Ewa, czyli kolejna kobieta związana z miejscowością. Postanowiły założyć w Gwoźdźcu wieś tematyczną. I tak zrodziła się wioska pod kobiecą ręką. Mężczyźni pomagają kobietom działać.

– Doceniamy mężczyzn i wcale nie twierdzimy, że są nam niepotrzebni. Wprost przeciwnie – wspierają nas. Nie czują się chyba przez nas zdominowani, bo protestów nie słychać – śmieje się Ewelina Siepiela, mieszkanka Groźdźca.

Mieszkańcy Gwoźdźca życzliwie przyjęli pomysł na nową strategię turystycznego rozwoju wsi. Kobiety kilku pokoleń połączyły siły i szybko przystąpiły do budowania marki miejscowości. Do wsi zaczęli przyjeżdżać turyści, najczęściej w grupach zorganizowanych. Panie oferują m.in. udział w warsztatach śpiewu, rzeźbiarskich, tradycyjnego kiszenia kapusty, transferu druku i haftu. Organizują też sesje zdjęciowe w strojach „z epoki”, przygotowały również grę terenową po wiosce, która pozwala na poznanie różnych miejsc w Gwoźdźcu, ich nieznanych historii, a na końcu zdobycie skarbu. Zorganizowano tu nawet komercyjny wieczór panieński. W tej wsi ma on zupełnie inny wymiar, ale szczegóły owiane są tajemnicą, bo jak podkreślają panie: „co było w Vegas, zostaje w Vegas, a co w Gwoźdźcu, zostaje w Gwoźdźcu”.

Rozwój wioski przede wszystkim nastawiony jest jednak na ożywienie życia mieszkańców wsi, ich aktywizację. Efektem utworzenia wioski tematycznej w Gwoźdźcu jest Fundacja MAK – Miejsce Aktywnych Kobiet. Fundacja ta została założona w 2015 roku, by w formalny sposób zdobywać środki na rozwój miejscowości i jej społeczności, w zarządzie i radzie fundacji aktywnie działają założycielki wioski. 2018 rok był najbardziej pracowity – dzięki pozyskaniu środków zewnętrznych, doposażone w nowoczesny sprzęt zostały kuchnie w remizie, zagospodarowany został teren wokół remizy, przetestowana została również nowa oferta wioski skierowana do dzieci.

-Ważne dla naszych działań jest to, że potrafimy działać wspólnie. Oprócz wioski i fundacji, w Gwoźdźcu działa także Akademia dla Aktywnych (składa się głównie z kobiet), zespół folklorystyczny, Kobieca Grupa Śpiewacza, Ochotnicza Straż Pożarna, a od 2019 roku również Koło Gospodyń Wiejskich – wszystkie te podmioty mają swoją siedzibę w remizie i wspólnie staramy się działać dla dobra naszych mieszkańców. Współpracujemy również ze szkolnym Kołem Wolontariatu – dodaje Ewelina Siepiela.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/articles/gwozdziec-wies-pod-kobieca-reka

https://agronomist.pl/

Kobieta z pasją do rolnictwa

 

 

 

 

 

Małgorzata Gliszczyńska ma wieś od zawsze w sercu i nie wyobraża sobie życia w mieście. Od samochodów woli traktory. Szpilki bez żalu porzuciła dla kaloszy. Chętniej niż na zakupowe szaleństwo, wybiera się na targi rolnicze. Widok maszyn na polu jest dla niej niczym najlepsze kino akcji. Jak mówi – rolnictwo to jej przeznaczenie. A przed nim nie można uciec. Właśnie dlatego od lat prowadzi popularnego bloga „Kobieta z pasją do rolnictwa”. O pasji i miłości do wiejskich klimatów porozmawiała z nią Maria Sikorska.

-Skąd pomysł na stworzenie bloga o rolnictwie?

-Dokładnie sześć lat temu pomyślałam, że mogłabym się dzielić swoją fascynacją rolnictwem z innymi. Pokazać moją miłość do wsi, prac polowych, trochę od innej, kobiecej strony. Moim okiem. Codziennie robię w terenie sporo zdjęć, nagrywam filmiki – latem w szczególności. Stwierdziłam, że może kogoś to zainteresuje. To, co potem się zdarzyło, przerosło moje oczekiwania. Mój blog skupia kilka tysięcy osób, którzy tak jak ja kochają rolnictwo. Codziennie otrzymuję sporo wiadomości. Wymieniamy się doświadczeniami, informacjami, dzielimy wieściami o rolniczych nowościach. Internetowe kontakty bardzo często przekształcają się w realne spotkania podczas wystaw rolniczych.

-A jak zrodziła się Twoja miłość do rolnictwa? Bo czytając blogowe wpisy po prostu czuć, że kochasz wieś.

– To nie przypadek, tylko zrządzenie losu, że urodziłam się właśnie na wsi – w Klępinie Białogardzkim, w województwie zachodniopomorskim. To moje miejsce na ziemi, które jest dla mnie odwieczną inspiracją. Mój dziadek – hodowca trzody chlewnej i bydła, tak kochał wiejskie klimaty, że ja po prostu nie mogłam się w nich nie zakochać. Jego gospodarstwo było nieopodal mojego domu. Spędziłam tam praktycznie całe dzieciństwo.

-Jak je wspominasz?

-To były wspaniałe chwile. Pierwsze skojarzenie to oczywiście wąsy od mleka pite z kubka przy wielkiej kance pod oborą. Ustawialiśmy się po to mleko z innymi dzieciakami w kolejce. Do tej pory pamiętam jego smak, zapach i że było jeszcze ciepłe, gdy je piłam. Gdy zamykam oczy, to oczywiście przypomina mi się zapach świeżo ściętej trawy, obornika. U dziadków bywałam od rana do obrządku. Pamiętam, że raz pogoda była deszczowa i babcia nie chciała mnie puścić na obrządek, bo nie wzięłam tego dnia kaloszy. Tak płakałam, a właściwie rozpaczałam, że babcia skapitulowała i dała mi swoje. Były za duże, ale mi to zupełnie nie przeszkadzało, byłam w swoim żywiole. Najbardziej lubiłam, gdy było lato i sianokosy. Pamiętam, jak z dziadkiem przemieszczaliśmy siano w kostkach na jeden polny pas. Pamiętam też moją pierwszą jazdę ciągnikiem i krzyki z pola: Dasz radę! Oczywiście wtedy nie byłam już dzieckiem. Teraz na wsi wszystko robi się inaczej, część prac za człowieka wykonuje przecież maszyna.

-Ale tak wielkie zamiłowanie do rolniczych maszyn zostało Tobie chyba do tej pory?

-Ono mi nie mija i chyba nie minie. Gdy byłam młodsza, wsiadałam na rower i potrafiłam podczas sianokosów jeździć na pola od sąsiada do sąsiada, żeby obserwować żniwa. Raz przejechałam nawet sześćdziesiąt kilometrów, bo gospodarz miał bardzo nowoczesny sprzęt i chciałam go obejrzeć w akcji. Takie polowe wizyty uprawiam zresztą do tej pory. Na polu czuję, że jestem we właściwym miejscu. Latem pełno mnie na okolicznych polach. Podczas żniw po prostu nie mogę usiedzieć w miejscu. Już się wszyscy przyzwyczaili do tej mojej fascynacji rolniczym sprzętem, w szczególności tym dużym. Moja pierwsza maszynowa miłość to traktor „Białorusin”. Sąsiedzi zawsze ze śmiechem mówią do mnie, gdy ich w wakacje odwiedzam: Gośka, bez ciebie żniwa to nie żniwa! Niektórzy z nich zwracają się do mnie…Jadźka.

-To Twoje drugie imię czy pseudonim?

-To nawiązanie do Jadźki Pawlak, bohaterki filmu „Sami swoi”. Bo od zawsze taka ze mnie była swojska, wiejska dziewczyna. Kiedyś ktoś zażartował i zacytował fragment filmowego dialogu Witii z Jadźką, gdy byłam na polu: Jadźka, Jadźka! Pomóc ci? I tak zostałam Jadźką. A ja jestem po prostu kobietą z pasją do rolnictwa.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/articles/kobieta-z-pasja-do-rolnictwa

https://agronomist.pl/

Liderka Beata Bojda

 

 

 

 

 

Można powiedzieć, że jest łącznikiem między staropolskimi tradycjami a współczesnością. Folklor w wydaniu etno Beaty Bojdy, dociera nie tylko do serc, ale także do wielu pokoleń i mieszkańców różnych stron świata. Artystka, w swojej wizji, poprzez kostiumy, stylizacje i makijaż, przekazuje nam rękodzieło i elementy ludowości, jako sztukę użytkową. Jak to jest, być swoistą ambasadorką polskiej sztuki ludowej, a także z czego wynika jej fascynacja folklorem, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu „Z klimatem i z pasją”.

Skąd taka fascynacja folklorem?

Pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, z małej społeczności. Ludzie na wsi, kultywują tradycję – robią szkubaczki, serwetki, firanki, pieką ciasta. Dorastałam otoczona rękodziełem, sztuką ludową. Od zawsze, w mojej głowie tkwiła więc myśl, by to wykorzystać. I tak się stało.

Jak zaczęła się Pani artystyczna przygoda?

Moja droga do tego momentu, gdzie jestem obecnie – była długa. Najpierw, pracowałam w szkole. Byłam nauczycielką języka polskiego. Jednak, po urodzeniu córki, zajęłam się kosmetyką, a zwłaszcza makijażem. W tamtych czasach, dodam, że było to ponad 25 lat temu, makijaż był dziedziną, która się dopiero rozwijała, więc miałam dużą dowolność w kreowaniu makijażowych trendów. Czasem śmieję się, że byłam prekursorką w makijażu aplikacyjnym, z użyciem shlagmetalu, koronek czy elementów biżuteryjnych. Moi znajomi przywozili mi z „zagranicy” magazyny, takie jak „Vogue”, czy „Herppers Bazar”, skąd próbowałam kopiować niektóre makijaże. W związku z tym, wiele rzeczy robiłam wtedy metodą prób i błędów – i tak „wyprodukowałam” swoje pierwsze kolorowe pigmenty, rozcierając w kuchennym moździerzu suche pastele. Ta kreatywność, wynikała trochę z potrzeby czasów i braku wszystkiego. Ze względu na moje doświadczenie pedagogiczne i umiejętność prowadzenia wykładów, zaczęto mnie zapraszać na branżowe targi, gdzie prowadziłam wykłady oraz warsztaty szkoleniowe z makijażu. Nie miałam więc innego wyjścia, jak studia w tym kierunku. Ukończyłam kosmetologię. Potem, w moim życiu, przyszedł czas na powiązanie makijażu ze stylizacjami, kostiumami i właściwie tworzenie całych koncepcji na sesje zdjęciowe. W pewnym momencie, miałam wtedy 50 lat, moja córka Zuzanna Bojda, studiowała w Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Zaczęłam robić kostiumy do jej zaliczeniowych spektakli i to chyba ona namówiła mnie na studia w tym kierunku. Studiowałam w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi na kierunku – projektowanie ubioru. Gdy byłam na pierwszym roku, magazyn „Make up Trendy”, przyznał mi tytuł Artysty Roku za debiut. Oprócz nagrody, mogłam przygotować edytorial z sesją okładkową. Bardzo chciałam zachwycie czymś oryginalnym i od razu pomyślałam o wykorzystaniu sztuki ludowej w moim projekcie. Makijaż nierozerwalnie kojarzy mi się ze stylizacją głowy. Pomyślałam, że cudownie byłoby zrobić olbrzymie, przerysowane korony z krepinowych kwiatów. Całość miała być bardzo eklektyczna. Połączenie różnych kultur, kolorowe kostiumy, biżuteria z całego świata i makijaż artystyczny. Wszystkie kostiumy powstały w myśl filozofii świadomej mody, ze starych materiałów, ubrań – znalezionych w szafie, których faktura lub barwa, mnie zafascynowały, często wyszukanych w second handach. Kostiumy projektuję od pięciu lat. Część powstaje z recyklingu tkanin użytkowych lub starych, o niebanalnym wyglądzie. Pierwsze korony, wymyśliłam koncepcyjnie, nie umiałam wtedy robić krepinowych kwiatów, ich wykonanie zleciłam. Obecnie, wszystkie korony i wieńce, robię samodzielnie, chociaż czasem, gdy mam duże zamówienie, zlecam wykonanie poszczególnych kwiatów współpracującym ze mną twórczyniom. W projekcie Etno by Beata Bojda, połączyłam kilka moich doświadczeń zawodowych: makijaż artystyczny, kostiumy oraz fascynację sztuką i rękodziełem ludowym.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/etno-na-nowo

https://agronomist.pl

Liderka Anna Gawlik

 

 

 

 

 

Okazało się, że wczesne lata życia spędzone na wsi, nie pozostały bez wpływu na jej życiowe ścieżki. Szukała różnych dróg rozwoju – nawet poza granicami Polski, by wrócić do korzeni – w miejsce, gdzie jej przodkowie żyli w zgodzie z naturą i cyklami pór roku, trudniąc się rolnictwem. Anna Gawlik, wśród malowniczych pól, w oddaleniu od miejskiego gwaru i pośpiechu, na pograniczu Mazowsza i Podlasia, stworzyła zagrodę Sielski Dom i Ogród. O dzieleniu się miłością do wsi, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Skąd przywiązanie i miłość do wiejskich klimatów?

– Rozwijały się we mnie od dzieciństwa. Razem z siostrą, jako jedyne wnuczki swoich dziadków, pomimo że na co dzień z nimi nie mieszkałyśmy, miałyśmy obowiązek wakacyjnego pomagania w gospodarstwie. Z dzieciństwa pamiętam ręczne dojenie krów, grabienie siana, zwożenie snopków ze zbożem oraz wykopki. Najcięższa była praca przy oborniku, której również nam nie oszczędzano. Kiedyś, wszystko w gospodarstwie robiło się ręcznie. Gdy byłam starsza, przełomem stał się zakup ciągnika radzieckiej marki Władimirec – w latach osiemdziesiątych. Pamiętam bronowanie pola i godziny spędzone w na traktorze, ponieważ dziadek nigdy nie nauczył się mechanizacji. Już wtedy, zaczęłam doceniać piękno przyrody, zapachy z pól, gdy były sianokosy i żniwa, cudowne śpiewy skowronków czy wieczorne koncerty słowików.

Jednak nie od razu postanowiła Pani związać swoje życie ze wsią?

– To prawda. Wiedziałam tylko, że kocham prace na świeżym powietrzu, przestrzeń i wolność, jaką daje możliwość tworzenia swojego otoczenia. Dlatego wybrałam studia na SGGW w Warszawie i ogrodnictwo, jako specjalizacja. Niestety, moja wrażliwa dusza, miała skłonność do depresji. Przez wiele lat, czułam się zagubiona i miałam trudności w przystosowaniu się do rzeczywistości. Długie lata, szukałam swego miejsca na ziemi. Przełomem stał się wyjazd do Wielkiej Brytanii. Tam pracowałam i zapisałam się na studia. Z wyróżnieniem, zdałam podyplomowe studia o kierunku Architekt Krajobrazu. Nigdy nie mieszkałam w wielkich aglomeracjach i niestety, życie na obczyźnie, nie do końca mi odpowiadało. Czułam się wyobcowana i brakowało mi kontaktu z przyrodą. Ale to właśnie tam, odkryłam w sobie pasję projektowania. Oprócz projektowania ogrodów, zainteresowałam się grafiką i rękodziełem. Już wtedy, zaczęłam marzyć o powrocie do kraju, do opuszczonego gospodarstwa moich dziadków, gdzie mogłabym nie tylko zaprojektować ale i zbudować swoje miejsce na ziemi. Wiedziałam, że nie będzie lekko, ale ciężkiej pracy nauczona byłam od dzieciństwa.

Zaczęło się od ogrodu?

– Tak, od dziesięciu lat tworzę u siebie zakątki ogrodowe, które mają odmienny charakter, ale które łączy inspiracja przyrodą i angielskimi ogrodami. W moim ogrodzie – od wiosny do zimy, zachwycają kwiaty, pachnie lawenda, róże i zioła. Lekkości na rabatach, dodają różne gatunki traw ozdobnych. Na obszarze około hektara, znaleźć można ogrody tematyczne: ogród wiejski, preriowy, angielski, ogród traw, różanka, ogród hortensjowy, warzywnik, jagodnik oraz niewielką plantację lawendy. Dzięki bioróżnorodności, nasza zagroda jest domem dla wielu żyjątek – od owadów zapylających, po ptaki, jaszczurki i jeże. Staramy się żyć zgodnie z prawami i rytmem przyrody, produkując własne jedzenie: warzywa, owoce, hodując kury i króliki. Z pszczołami, wiąże się historia, którą przekazał mi mój tata, a którą usłyszał od swoich przodków. Po pierwszej wojnie światowej, wycofujący się z tych terenów Kozacy, palili drewniane domostwa. Mój pradziadek, hodował wtedy pszczoły, które rozwścieczyły się widząc palące się budynki i jadących konno żołnierzy z pochodniami. Owady zaczęły kąsać intruzów. W ten sposób, drewniany dom moich przodków, jako jedyny w okolicy, nie został spalony. Na pamiątkę tego wydarzenia, postawiłam w ogrodzie drewniany ul, który co prawda nie jest zamieszkały (nie produkujemy swojego miodu), ale jest pięknym świadectwem tamtego wydarzenia.

Drewniany dom Pani dziadków, ma niesamowitą historię. Przez wiele lat, w jego części funkcjonowała szkoła.

– Drewniany dom moich dziadków okazał się dla nich za duży, więc po drugiej wojnie światowej – w latach pięćdziesiątych, dwa pomieszczenia wynajęto i otworzyła się tutaj dwuklasowa szkoła podstawowa, którą ostatecznie zamknięto w 2000 roku. Po śmierci dziadków, budynek niszczał. Jego smutny widok, miała przypieczętować rozbiórka. Na szczęście, tak się nie stało. Mój wielki sentyment do korzeni i staroci, zdecydował o remoncie. Otworzyłam tu muzeum wiejskiego życia oraz Izbę Pamięci Wiejskiej Szkoły Podstawowej, a nawet sklepik z lawendą i rękodziełem oraz kafejkę. Uwielbiam dekorować przedmioty i w środku można tu znaleźć meble ręcznie malowane – moje dzieło malarskie. Zadbałam o spójną kolorystykę i styl (oczywiście inspirowany folklorem). Ogród zdobią drewniane kapliczki z malowanymi aniołami.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/sielskie-klimaty-anny-gawlik

https://agronomist.pl

Liderka Agnieszka Wróbel

 

 

 

 

 

Mówi się o niej, że czuje miętę… do mięty. Agnieszka Wróbel z pasją rozwija ekologiczną uprawę roślin zielnych. I to z sukcesem, bo jej gospodarstwo okazało się w tym roku najlepsze w województwie kujawsko-pomorskim i uplasowało się w czołówce krajowych gospodarstw ekologicznych. O tym, jak smakuje miętowy sukces, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Skąd pomysł na ekologiczną uprawę ziół?

Razem z mężem Piotrem, gospodarujemy we wsi Gołoty. Mąż odziedziczył tutaj ziemię. Początkowo nie wiedział, czy będzie rolnikiem, ukończył AWF, jednak życie szybko zweryfikowało nasze plany i nim jednak został – zgodnie z rodzinną tradycją. Ja nic wspólnego z gospodarowaniem nie miałam, choć mieszkałam kilka kilometrów od naszej wsi. Razem, zaczęliśmy działać, wzajemnie pozytywnie się nakręcając. Dawniej było tak, że rolnicy uprawiali to, na co pozwalała im ziemia. A w gminie Unisław, mięta na polach rosła od zawsze. Pradolina Wisły sprawia, że są tu idealne warunki do uprawy mięty i kapusty, stąd tutejsze specjalizacje rolników. Na smak oraz wyjątkowość mięty pieprzowej unisławskiej, ma wpływ panujący w naszym regionie mikroklimat, a w szczególności typ gleby obszaru pradoliny Wisły rejonu Basenu Unisławskiego – tzw. „moras”, o nadzwyczajnej ilości wapnia i wilgoci. Również rosnące na tym terenie parawany z rzędów starych wierzb, powstrzymują wiatry, co pomaga w utrzymaniu olejków eterycznych w ciemnozielonych liściach. My rozkochaliśmy się w ziołach. Pamiętam te nasze początkowe osiem hektarów mięty na koziołkach do suszenia. Jakość ziół wtedy była słabsza. Teraz, wymagania konsumentów też są już zupełnie inne.

Dlatego postawiliście na ekologiczną uprawę?

Tak. Certyfikat ekologiczny otrzymaliśmy w 2018 roku, a ruszyliśmy z ekologicznym gospodarstwem już w 2016 roku. Najtrudniejszy był okres konwersji – ceny produktów były konwencjonalne, a nakłady pracy ogromne i zbiory ekologiczne. To był naprawdę czas pełen trudu i wyrzeczeń.

Czas pełen trudu już jednak minął i przyszedł czas na sukcesy.

Najpierw była jeszcze ciężka praca i rozwój, a także nauka – niestety na własnych błędach. Bolą najbardziej, ale także pozwalają na podejmowanie odpowiednich decyzji potem. Uprawiamy rośliny zielne na herbaty i przyprawy: miętę pieprzową, tymianek, majeranek, melisę, cząber, oregano, szałwię, owies, pszenicę. Zioła zbieramy na początku kwitnienia, bo dzięki temu zachowują cenne olejki eteryczne. Cały zbiór, suszenie, to żmudna praca. Opracowaliśmy sobie już jednak wszystko po kolei. Do zbioru ziół, wykorzystujemy ścinacz do zielonek. Potem, są one transportowane do gospodarstwa, a tam następuje ręczny rozładunek. Następnie, suszymy zioła w na naszej suszarni podłogowej. Po pięciu dniach, susz trafia na młocarnie i liście są oddzielane od łodyg. Tak przygotowany produkt, jest gotowy do ręcznego pakowania.

Co było najtrudniejsze w przestawieniu się na ekologiczną uprawę?

Z pewnością, niełatwo jest zmienić przede wszystkim sposób myślenia. Ja jestem bardzo poukładana i na polu lubię mieć porządek, wszystko wypielone. A wiadomo, w ekologii chwasty są mile widziane i mimo nich, można mieć piękne okazy. Teraz, jestem dumna z ekologicznego sposobu gospodarowania, w symbiozie z naturą. Dbam o siebie, przyszłe pokolenia, o bioróżnorodność. Każdy z nas pozostawia po sobie przecież ślad na Ziemi.

Czy ekologiczna uprawa wpłynęła na twoje życie?

Można powiedzieć, że ekologiczne gospodarowanie, wpłynęło na rozwój ekologicznego stylu życia. To ma odzwierciedlenie na przykład w moim jadłospisie. Nie mogę obyć się bez ziół, ale także bez brokułów – bo uprawiamy też warzywa. Staram się jeść mnóstwo warzyw. Robię sobie sama kosmetyki z ziół. Teraz uwielbiam kremy z mniszka – są obłędne. Co ważne, ekoprodukty sami możemy wykonać w domu. To bardzo proste. Zioła wpłynęły także na mój samorozwój, bo zainteresowanie ziołolecznictwem jest tak duże, że chciałam fachowo odpowiadać na wszystkie pytania klientów. Ukończyłam studium zielarskie.

Jaki jest zbyt na zioła z waszej plantacji?

Na brak zainteresowania z pewnością nie narzekamy, raczej na ciągły brak czasu, choć staramy się wszystko wypośrodkować. Swoje susze, sprzedajemy w ramach rolniczego handlu detalicznego i przez kontrakty z producentami ekologicznych herbat i przypraw – przez Internet, w gospodarstwie lub na jarmarku. Dla dużych kontrahentów, pakujemy zioła m.in. w big-bagi. Dla indywidualnych osób, susze pakujemy w papierowe worki po ok. 35 g.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/zielarska-pasja-agnieszki-wrobel-a6c9b

https://agronomist.pl/