Innowacje tworzą kobiety!

 

 

 

 

 

Z sukcesami promuje agroleśnictwo w Polsce i na świecie. Jej projekt został uznany jako najciekawszy, spośród tych zrealizowanych z funduszy unijnych w Polsce. Komisja Europejska nadała jej również tytuł Innowacyjnej Rolniczki. Jakby tego było mało, dr Barbara Baj-Wójtowicz działa dalej, rozwija w kraju niepowtarzalną w skali światowej, agroleśną plantację i razem z innymi kobietami udowadnia, że natura ma kobiece oblicze. O innowacjach w rolnictwie i sile kobiet, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Chyli się ku końcowy kolejny sezon na Pani plantacjach agroleśnych, w tym na jedynej w świecie plantacji róży owocowej z maliną moroszką. Jakie surowce zostały już zebrane, a jakie będą jeszcze zbierane? Przypomnijmy co rośnie na plantacjach.

– Prowadzę plantacje agroleśne zielarskie, w których uprawiam osiem gatunków. Pięć z nich, to gatunki dziko rosnące, które wprowadziłam do uprawy polowej po raz pierwszy na świecie. Na niemal 3,5 ha, uprawiam bez czarny z miodunką oraz z przetacznikiem leśnym – roślinami dzikorosnącymi, wprowadzonymi do uprawy. Bez czarny, posadziliśmy jesienią – zimą 2018/2019, miodunkę sadziliśmy od lipca do sierpnia tego roku. Pierwsze surowce w postaci kwiatów i owoców bzu czarnego, zbieraliśmy już w ubiegłym roku, a dzięki opracowanej przeze mnie metodzie #stopsuszy, rośliny przetrwały wielomiesięczną suszę. W tym roku, zbiór kwiatów i owoców bzu czarnego, był znacznie większy, natomiast w przyszłym – trzecim roku uprawy, zbiór będzie zbliżony do optymalnego. Różę dziką oraz różę pomarszczoną tzw. bezodmianową oraz odmiany Hansa, uprawiam w systemie agroleśnym z maliną moroszką – rośliną będącą reliktem epoki lodowcowej w Polsce, w tym momencie krytycznie zagrożoną. Jest to roślina niezwykle cenna, o silnym działaniu prozdrowotnym m.in. antyrakowym, jednakże trudna w uprawie. Zapewne dlatego do tej pory, nigdzie na świecie, wprowadzenie jej do uprawy nie powiodło się. To roślina torfowiska wysokiego, wymagająca pH 3,5 – 4,5, dlatego uprawiam ją w specjalnie zaprojektowanych rowach torfowiskowych, znajdujących się pomiędzy rzędami róży. Po półtora roku od posadzenia sadzonek sprowadzanych z Finlandii, w lecie tego roku, malina moroszka wydała u nas pierwsze owoce, co jest ogromnym sukcesem, odnotowanym nawet przez wiele stacji telewizyjnych. Z maliny moroszki, zbieram surowiec zielarski w postaci owoców oraz liści, z róży płatki, pąki, kwiaty, liście oraz owoce. Rosa rugosa Hansa jest odmianą idealną, jeśli chodzi o zbiór płatków.

Na plantacji można znaleźć także pokrzywę zwyczajną.

– Uprawiam ją w systemie alejowym, pomiędzy nasadzeniami olszy – na miedzach działek rolnych. Olsza ma zdolność wiązania azotu z atmosfery, dzięki brodawkom korzeniowym, w których żyją bakterie z rodziny Actinomycetes. Doskonale więc sprawdza się jako roślina do uprawy alejowej z wysoce azotolubną pokrzywą. Surowcem zielarskim są: ziele pokrzywy, liście, nasiona oraz korzeń, natomiast w przypadku – olszy, są to pąki kwiatowe oraz liściowe. Oprócz tych gatunków, rozpoczęłam uprawę rzepiku pospolitego oraz ostrożenia warzywnego, które są cennymi roślinami zielarskimi. Te gatunki również uprawiam w systemie z elementami agroleśnictwa, tzn. z nasadzeniami na miedzach. Z surowców zielarskich, robimy herbaty i przyprawy o działaniu prozdrowotnym, które powstają we współpracy z zespołem Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, kierowanym przez panią prof. Ewę Osińską.

Nasadzenia na miedzach oraz uprawy alejowe, zapewniają barierę wietrzną?

– Tak. To zapobiega erozji gleby – wiedzieli o tym nasi rodzice i dziadkowie, dlatego jeszcze dwadzieścia lat temu, zadrzewienia na miedzach były w Polsce normalnym widokiem. Takie zadrzewienia, to nie tylko bariera przeciwwietrzna, ale też poprawa pojemności wodnej pola, zatrzymanie azotu w glebie, źródło dodatkowego dochodu dla rolnika oraz schronienie i pożywienie dla ptaków i zapylaczy.

Zainteresowanie plantacją agroleśną w Polsce i za granicą okazało się ogromne. Spodziewała się Pani tego?

– To przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Pewne środowiska naukowe, starały się raczej przekonać mnie i badaczki ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, z którymi współpracuję w ramach projektu, że polscy rolnicy ani inni interesariusze, nie są zainteresowani agroleśnictwem, że ta koncepcja jest niezrozumiała, a nazwa literalnie przetłumaczona z angielskiego, nie będzie się rolnikom sensownie kojarzyła. Potwierdziło się jednak, że polscy rolnicy są bardzo otwarci, a przede wszystkim dbają o zrównoważony rozwój. I pamiętają, że agroleśnictwo jeszcze dwadzieścia lat temu, było dość powszechnym systemem w Polsce. Bo to najstarsza forma rolnictwa, obecnie udoskonalona o odpowiednio projektowane uprawy alejowe, aparaturę agroklimatyczną i aplikacje do zarządzania produkcją rolną, czyli o elementy innowacyjne. Natomiast zadrzewienia śródmiedzowe, śródpolne czy pastwiskowe, a także wypas zwierząt np. w sadach owocowych, był znany. To, o czym nikt nie mówił, to fakt, że agroleśnictwo odpowiednio stosowane, zwiększa plonowanie, a także jest potężną bronią w walce ze zmianami klimatu. Gdyby zastosować na świecie agroleśnictwo, jedynie w ograniczonym stopniu, może ograniczyć ilość CO2 w atmosferze o co najmniej 2.2 gigaton. To, jaki efekt można osiągnąć stosując agroleśnictwo powszechnie? Można przewidzieć.

Obecnie, jest Pani swoistym propagatorem agroleśnictwa w Polsce.

– Realizując projekt, dzielę się otwarcie tym, jak buduję system agroleśny i cały model produkcji rolno – spożywczej, oparty o agroleśnictwo. W mediach społecznościowych, przekazuję informacje, jak pracujemy, jakie osiągamy efekty, jak sadzimy, pielęgnujemy rośliny, jak zbieramy i przetwarzamy owoce. Mówię o tym, jak to jest ważne dla rolników, konsumentów i dla środowiska. Ale też o tym, jakie zastosowanie mają poszczególne zioła czy jak radzić sobie z suszą. To inne podejście niż zwykle spotykane i niektórzy dziwią się, że nie chcę tej wiedzy ukrywać. Uważam, że każdy, kto chce, powinien móc naśladować dobre praktyki i mieć komfort uczenia się, także na moich błędach. Profil Lubelskie Zioła, który prowadzę na Facebooku, daje zasięg 70 tys. osób w miesiącu, a konto Lubelskie Zioła na Twitterze śledzi nawet komisarz UE ds. rolnictwa pan Janusz Wojciechowski, powiększają się też zasięgi na Instagramie. Projekt został wyróżniony przez Komisję Europejską oraz otrzymał nagrodę, jako najciekawszy projekt realizowany z funduszy unijnych w Polsce. W ciągu półtora roku, moje gospodarstwo odwiedziło ponad tysiąc osób. Przyjmujemy wizyty studyjne, prowadzimy seminaria, warsztaty i wykłady. Nie odrzucam również zaproszeń na wykłady na konferencjach w kraju i za granicą. Realizacja takiego bogatego programu, jest możliwa dzięki zaangażowaniu prof. Ewy Osińskiej i Wiesławy Rosłon z SGGW oraz ekoekipy z firmy z Sosnówka. Dzięki znakomitej współpracy z Centrum Doradztwa Rolniczego w Brwinowie, nagrałam kilka webinarów, obecnie jesteśmy w trakcie realizacji kolejnego oraz filmu promocyjnego. Na zlecenie CDR, redaguję z panią prof. Ewą Osińską pierwszą w Polsce książkę o agroleśnictwie – najważniejszej innowacji w rolnictwie. W ubiegłym roku, zostałam nominowana w ogólnopolskim plebiscycie Osobowość Roku 2019 właśnie za ten projekt oraz moją pracę w zakresie agroleśnictwa, ochrony środowiska i zielonej energetyki. Ogromną ilość głosów oddaną na mnie przez płatne smsy, ludzie pokazali jak ważna i bliska jest im ta tematyka. Dało mi to dużo do myślenia.

Gratuluję wszystkich sukcesów. Patrzę na nie z podziwem i uznaniem. Tym bardziej, że społeczny wpływ tego projektu jest ogromny, a zainteresowanie tą tematyką bardzo duże.

– Pokazuje to, jak zmienia się polska wieś i polskie społeczeństwo, jak zmieniają się preferencje konsumentów oraz jakie wartości są dla ludzi istotne. Obraz polskiego rolnika wrogo nastawionego do ekologii, jest odbiciem w krzywym zwierciadle, po prostu nie jest prawdziwy. Rolnikom być może brakuje dostępu do informacji, np. o agroleśnictwie czy innych prośrodowiskowych rozwiązaniach, ale to przecież nie ich wina. Jak mają możliwość, to korzystają z oferowanej wiedzy. To pokazuje, jak pilnie potrzebna jest zmiana strukturalna.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/innowacje-tworza-kobiety

https://agronomist.pl/

Anioły sztuki z bieszczadzkiej wsi

 

 

 

 

 

Mówią o niej, że jest nie tylko pomysłodawczynią „ceramideł”, utalentowaną malarką, ale przede wszystkim dobrym duchem Bieszczad. Róża – do Czarnej, uciekła od miejskiego zgiełku. Znalazła tam miejsce na ziemi, ale także miłość życia – Krzysztofa, który – tak jak ona, szukał na Podkarpaciu przysłowiowego świętego spokoju. Założyli nie tylko rodzinę. Stworzyli słynną już Bieszczadzką Galerię „Barak”. O tym, jak można żyć sztuką na wsi – Róża i Krzysztof Franczakowie, opowiedzieli Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Można powiedzieć, że Bieszczady Was połączyły?

– Gdyby nie było Bieszczad, nie było by nas. Ja tutaj się urodziłam i mieszkałam przez 20 lat, do czasu studiów w Warszawie. Krzysztof przyjechał tu ze Szczecina w 1991 roku.

Jak zetknęły się Wasze ścieżki?

– Krzyś mieszkał w dolinie Sanu, w takim magicznym miejscu „U Prezesa”, czyli Ryśka Krzeszewskiego – człowieka legendy Bieszczad. Moi znajomi, którzy poznali Krzyśka, polecili mi to miejsce na odpoczynek. Wtedy się poznaliśmy. Potem, zamieszkaliśmy w Czarnej i do dziś tu jesteśmy.

Czy czujecie, że to właśnie Wasze miejsce na ziemi?

– Czarna w Bieszczadach, to właśnie takie nasze miejsce. Tu się spełniamy – jako ludzie i jako artyści.

Jak zaczęliście wspólnie działać?

– Nasze początki były trudne, bo przyjechaliśmy z dobytkiem, który mieścił się w jednym plecaku. Chcieliśmy robić coś, co da nam swobodę w decydowaniu o sobie. Krzysiek chciał koniecznie zostać rzeźbiarzem, więc najpierw podpatrywał licznych artystów bieszczadzkich, a potem zaczął tworzyć swoje własne dzieła. Ja miałam zdolności plastyczne, więc zaczęłam malować urokliwe cerkiewki bieszczadzkie techniką, którą sama wymyśliłam. Potem, pojawił się pomysł własnej galerii sztuki. To był 1994 rok. Wielu pukało się w głowę, że zamiast prowadzić „prawdziwy” biznes, my porywamy się na działalność kulturalną. Od początku zakładaliśmy, że nasza galeria (nazywa się Barak, bo mieści się w starym baraku), będzie czymś więcej niż tylko miejscem, gdzie wystawia i sprzedaje się sztukę okolicznych artystów. Dlatego też, oprócz wystaw, organizujemy koncerty, spotkania z ciekawymi ludźmi i różne akcje dla lokalnej społeczności.

Macie artystyczne dusze, ale czy wcześniej zajmowaliście się sztuką?

– Ja zdolności plastyczne przejawiałam zawsze, obcowałam także z ludźmi sztuki mieszkając podczas studiów w Dziekance. Krzysztof jest typem technicznym i do sztuki, którą tworzy, podchodzi od strony technicznej. Duży wpływ na jego działalność twórczą, mieli ludzie, których poznał tutaj – w Bieszczadach. To oni otworzyli mu oczy na możliwości, jakie daje drewno. Potem, zafascynowała nas ceramika i tu także oczy otworzyli nam ludzie. Ludzie z ASP we Wrocławiu, a konkretnie z wydziału szkła i ceramiki, których zaprosiliśmy na plener w Bieszczady i to „przez” nich jesteśmy ceramikami.

Wasza galeria działa od 26 lat i jest jedną z najstarszych galerii działających na wsi.

– Staramy się, żeby była to galeria w pełnym znaczeniu tego słowa, dlatego przykładamy dużą wagę do ekspozycji prac, kosztem ich ilości. Duży nacisk kładziemy na to, żeby promować artystów lokalnych, zwłaszcza, że jest ich coraz mniej. Kiedy zakładaliśmy galerię, w samej Czarnej było ok. 10 rzeźbiarzy i każdy z nich miał swój styl. Dziś, jest ich coraz mniej i trzeba wspierać te światy. Pokazujemy dzieła ludzi wrażliwych, twórczych. Barak był pierwszą prywatną galerią w Bieszczadach. Przez 26 lat działalności, byliśmy pomysłodawcami, organizatorami lub współorganizatorami kilkuset różnych wydarzeń: wystaw indywidualnych i zborowych, warsztatów i pokazów rękodzieła, koncertów, spotkań autorskich itp. Wydaliśmy też Katalog Artystów Bieszczadzkich, a wspólnie z samorządem gminy, organizujemy od kilku lat Bieszczadzki Festiwal Sztuk. Udało się nam się zrealizować też wiele projektów społeczno- kulturalnych. Lubimy naszą pracę, cieszą nas powroty ludzi do naszej galerii.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/anioly-sztuki-z-bieszczadzkiej-wsi

https://agronomist.pl/

 

Liderka Halina Olejniczak

 

 

 

 

 

Mówi o sobie, że narty ma we krwi. Halina Olejniczak z niewielkiej wsi – Kościeliska, to przede wszystkim wspaniały sportowiec. Jednak na zdobywaniu medali nigdy nie poprzestała. Od lat jest nie tylko organizatorką i pomysłodawczynią wielu sportowych wydarzeń, ale także wiejską liderką, społeczniczką i propagatorką zdrowego stylu życia. Jak dzieli się pasją z innymi, góralka z krwi i kości, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Sport był Pani przeznaczony czy może Pani jest przeznaczona sportowi?

– Urodziłam się w Kościelisku, w miejscowości z której pochodzi blisko 40 olimpijczyków. Dokładnie, gdy przyszłam na świat, właśnie powstawał u nas pierwszy w Polsce ośrodek biathlonowy. To wpłynęło na moje życie. Nie tylko zresztą to. Miłość do sportu, była wokół mnie zawsze. Siostra mojej mamy, była znaną biegaczką narciarską, uczestniczką olimpiady, mistrzostw świata i mistrzostw Polski, miała mnóstwo medali, pucharów i dyplomów których jej bardzo zazdrościłam i po cichu marzyłam, żeby też mieć takie trofea.

Marzenia się spełniły. A kiedy w Pani życiu pojawiły się narty?

– Jak sięgam pamięcią, zawsze lubiłam jeździć na nartach. Mieszkałam pod Reglami, gdzie zawsze długo leżał śnieg. Górki i doliny sprawiały, że miałam gdzie trenować. Mój tata zrobił mi własnoręcznie narty, które długo mi służyły. Koło mojego domu, przebiegały trasy narciarskie, gdzie trenowali biegacze na prawdziwych biegówkach. Też takie chciałam mieć, więc zapisałam się do klubu sportowego, bo to była szansa na ich zdobycie i na wyjazdy na zawody i obozy treningowe (podróże to było moje drugie marzenie). Trenowałam z wielkim zapałem i sprawiało mi to ogromną radość. Startowałam w różnych zawodach, jednak – pomimo że odnosiłam jakieś drobne sukcesy, nie byłam z siebie zadowolona. „Ciągnęło mnie w świat”, więc postanowiłam zobaczyć coś więcej niż Podhale i wyjechałam do szkoły średniej do Krakowa, a po jej ukończeniu, podjęłam pracę w Piotrkowie Trybunalskim. Tam „dopadło mnie życie” – wyszłam za mąż, urodziłam czwórkę dzieci i zamierzałam osiedlić się na stałe, ale …po kilku latach los sprawił, że znowu wróciłam do Kościeliska. Zajęta wychowaniem dzieci, budową pensjonatu, a potem prowadzeniem go, zupełnie zapomniałam o biegówkach. W tym czasie, w Polsce zapanowała moda na narty zjazdowe, budowano wyciągi narciarskie. Powróciłam do nich w wieku 40 lat, w 2000 roku Najpierw pomyślałam, że to doskonały sposób na zrzucenie zbędnych kilogramów (udało mi się zgubić prawie 40 kilogramów). Ponieważ nikt tu w mojej okolicy nie biegał na nartach, musiałam sama sobie robić trasy. Miłość do nart ożyła na nowo, ze zdwojoną siłą i oprócz utraconych kilogramów, ubyło mi też lat. Poczułam się bardzo młodo, odzyskałam kondycję i wiarę w spełnienie dziecinnych marzeń.

I wtedy zaczęła Pani uczestniczyć w zawodach?

– Najlepiej się czułam na długich dystansach. Pierwszy mój sukces, to trzecie miejsce open na dystansie 40 km w Podhalańskim Biegu w Nowym Targu. Na podium stałam wtedy z Justyną Kowalczyk, która wtedy – tak jak ja, zaczynała swoją karierę. To był 2005 rok. Wtedy uświadomiłam sobie, że maratony to jest „moja bajka”. Ale prawdziwą przyjemność biegania, poczułam na cudownych trasach w Jakuszycach. Jeździłam tam po kilka razy w roku, a już obowiązkowo na legendarny Bieg Piastów. Startują w nim biegacze nie tylko z Polski, ale i całego świata, więc stanąć na podium wydawało mi się nie realne. Jednak, po kilku latach, udało mi się tego dokonać – w 2011 roku.

Wtedy też, zaczęła Pani działać społecznie?

– Dokładnie, a za cel postawiłam sobie utworzenie profesjonalnych tras biegowych w Kościelisku. Najpierw, przekonałam do mojego pomysłu wójta, aby gmina finansowała ratrakowanie tras, które przebiegałyby po prywatnych działkach, które w zimie nie są użytkowane przez gospodarzy, a są przepięknie położone. Następnie, musiałam przekonać właścicieli, aby zgodzili się nieodpłatnie na użyczenie swoich gruntów pod trasy narciarskie na okres zimy. Nie było to łatwe zadanie, ale udało się uzyskać pisemne zgody i od 2013 roku setki narciarzy korzysta z tych tras, które jak magnes przyciągają turystów do naszej miejscowości. Dzięki tej inicjatywie, miejscowi ludzie też chętnie wychodzą biegać. Dzieci z miejscowych klubów, mogą trenować i być może w przyszłości powiększą grono olimpijczyków. Po kilku latach intensywnych startów w zawodach krajowych, zaczęłam myśleć o wyjechaniu na zagraniczne zawody. Narty pozawalają mi zobaczyć świat. W tej chwili, mam już zaliczonych siedem biegów, w tym najdłuższy 90 km Bieg Wazów w Szwecji. Udało mi się też w styczniu tego roku przebiec 50 km w Chinach – dzień przed moimi urodzinami, kończyłam…yhmyhm …60 lat. Pandemia trochę pokrzyżowała moje plany startowe, ale myślę że wszystko wróci do normalności. Póki nie mogę zbierać pieczątek w paszporcie Worldloppet, to postanowiłam stać się zdobywcą Korony Gór Polski i wchodzę na najwyższe wzniesienia w każdym paśmie naszych gór. W maju, miałam brać udział w rajdzie rowerowym z Oświęcimia do Westerbork w Holandii (1000km), śladem obozów zagłady, ale kolejny raz, pandemia zmusiła mnie do zmiany planów i zaplanowane odcinki rajdu, przejechałam na rowerze – tylko, że po Podhalu.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/halina-olejniczak-i-jej-sportowa-misja

https://agronomist.pl/

Sołtyski na polskiej wsi

 

 

 

 

 

W Polsce jest 40447 sołtysów, przy czym 40% z nich to kobiety. Liczba pań pełniących rolę lidera wsi, przy każdych kolejnych wyborach, sukcesywnie się zwiększa. Jak się okazuje, ta społeczna funkcja wydaje się dla nich wprost stworzona. Większość nie kończy działalności na jednej kadencji. Jak to jest być sołtysową – Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu „Z klimatem i z pasją”, opowiedziała Tamara Leszczyńska, sołtyska podlaskiej wsi Soce.

Jaka jest funkcja sołtysa?

– Społecznie bardzo ważna. To przecież mieszkańcy nas wybierają, obdarzają nas zaufaniem. Lista oczekiwań wobec sołtysa jest bardzo długa i trzeba starać się im sprostać. Zostanie sołtyską to z pewnością był dla mnie skok na głęboką wodę, ale pływać musiałam nauczyć się bardzo szybko. Doświadczenia uczą sołtysowania .

Uzyskała Pani nominację do tytułu Osobowość Podlasia – za charyzmę, odwagę i wysiłek wkładany w promocję wsi Soce, będącej wizytówką Podlasia. Jakie cechy powinien mieć sołtys?

– Pewnie nie ma sołtysa czy sołtyski, którzy są idealni. Wiem jednak, co jest niezbędne, by działać jako sołtys. Trzeba pytać, słuchać i rozmawiać. By skutecznie działać, należy wiedzieć na czym ludziom zależy, stworzyć wizję i strategię działania sołectwa. Dlatego z pewnością trzeba umieć dobrze słuchać. Troszczę się o to, by każda osoba miała szansę wyrazić swoje zdanie. By postulaty, które pojawią się na spotkaniach, nie umknęły. Pracuję na pozytywny i rzetelny odbiór wśród mieszkańców. Gdy poznasz potrzeby ludzi, możesz łatwiej planować działania w sołectwie.

Na zdjęciu: Tamara Leszczyńska, sołtyska podlaskiej wsi Soce.

Podsumowując – trzeba współpracować.

– Dokładnie. Działanie w pojedynkę nic nie da. Samotni jesteśmy wprost skazani na porażkę, dlatego zawsze staram się współpracować z osobami, które mogą i co jeszcze ważniejsze – chcą pomóc w realizacji wiejskich inicjatyw. Dobre relacje społeczne i znajomość mieszkańców, to z pewnością połowa sukcesu. Wszystkim jednak nie da się dogodzić – to także pewne.

Pojawia się krytyka?

– Ja się jej nie boję. Ze spokojem potrafię wysłuchać tego, co mają do powiedzenia mieszkańcy. Nie oceniam, stawiam na wiarygodne i poparte faktami argumenty. Wiadomo, że sołectwo składa się z różnych ludzi, więc zawsze mogą pojawić się odmienne spojrzenia na jedno zagadnienie. Trzeba więc umiejętnie łączyć potrzeby, wypośrodkować, działać.

Jaka musi być sołtyska?

– Dostępna i zaangażowana – to podstawa. Być blisko – to nasza rola. Czasem wystarczy rozmowa, czasem potrzebne jest konkretne działanie, interwencja. Są różne sprawy. Zawsze staram się pokazywać mieszkańcom, że zależy mi na naszym sołectwie. Chcę jednoczyć wszystkich przy tym, co wspólne.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/soltyski-na-polskiej-wsi

https://agronomist.pl/

Anielska wieś – Lanckorona

 

 

 

 

 

Drewniane zabudowania z XIX wieku, urokliwe uliczki, piękny rynek, a nad nim góra ze szlakami – m.in. Aleją Cichych Szeptów i Aleją Zakochanych. Lanckorona od lat przyciąga turystów jak magnes. Powstała za panowania króla Kazimierza Wielkiego w XIV wieku i znajduje się na pograniczu Pogórza Wielickiego i Beskidu Makowskiego. Prawa miejskie nabyła dość wcześnie, bo w roku 1366, ale utraciła je w 1934 i do dziś ma wyłącznie status wsi. Ze względu na niepowtarzalny klimat i magię, nazywana jest jednak „Miastem Aniołów”. A 6 grudnia obchodzimy Dzień Aniołów. W Lanckoronie, czyli prawdziwej oazie spokoju, jest ich mnóstwo.

Przez ostatnich siedemnaście lat, w połowie grudnia, w Lanckoronie co roku odbywał się Festiwal „Anioł w Miasteczku” – jarmark, wystawy, warsztaty, konkursy, koncert, a przede wszystkim wielkie liczenie aniołów, czyli postaci przebranych za anioły. W tym roku, z racji COVID -19, wielkie liczenie odbędzie się symbolicznie – przez Internet. Jedno się nie zmieniło – wieś pozostaje miejscem dobrej energii. Ci, którzy tu się urodzili, rzadko je opuszczają. Jest za to wiele osób, które przyjeżdżając tu, zakochują się w nim natychmiast. Tak było w przypadku Joli Hytkowskiej, która dla Lanckorony porzuciła Kraków i prowadzi edukacyjną zagrodę Ławeczki.

Jak to się stało, że zamieszkałaś w Lanckoronie?

– Pewnego kwietniowego dnia w 2010 roku, gdy przyjechałam tu przypadkiem po raz pierwszy, zobaczyłam na rynku kobietę ciągnącą chrust. Tak mnie to urzekło, że.. poszukałam tu pokoju do wynajęcia. To był absolutny strzał w dziesiątkę. Miałam swoje miejsce – szafę z ubraniami, półkę z książkami, stół, przy którym mogłam pracować, kawałek ogrodu. I spokój. Mogłam tu wpadać na weekend albo w tygodniu – zawsze, kiedy tego potrzebowałam. Spacerowałam, jeździłam na rowerze, fotografowałam. Ale też zaczęłam poznawać ludzi i z nimi rozmawiać. Po bardzo krótkim czasie, zaproponowano mi prowadzenie niedzielnych zajęć w nowo otwartej, stylowej kawiarni. Program zajęć na sezon wiosenno – letni powstał w zaciszu mojego pokoiku, w jeden wieczór – po to, by wciągnąć mnie na dobre we współpracę – na prawie półtora roku. Zajęcia cieszyły się takim powodzeniem, że potem, kojarzona z dziećmi, zaczęłam prowadzić także różne zabawy, animacje i warsztaty podczas lanckorońskich imprez. W międzyczasie, upomniał się o mnie „towarzyski” Kraków i kolejne dwa lata upłynęły w atmosferze zabawy, wędrówek po okolicy, muzycznych spotkań i koncertów. Jednocześnie, chłonęłam atmosferę Lanckorony. W międzyczasie, zmieniłam miejsce zamieszkania na kolejny pensjonat – absolutnie magiczne miejsce z tajemniczym ogrodem, które zawsze i wszystkim będę polecać. W moim życiu pojawiały się kolejne ważne osoby, niektóre znikały, paradoksalnie pozostawiając mi po sobie nowe zapasy sił do działania. Pojawiła się też Meli Melo – wielorasowa sunia z Tęczowej Góry, mój pies do aktywności. Wiosną 2012 roku, byłam już pewna, że to jest miejsce dla mnie. Zaczęłam rozglądać się za domkiem do remontu albo kawałkiem ziemi, mając już w głowie pomysł na zagrodę edukacyjna – w sensie miejsca, które ma być moim domem i miejscem otwartym dla ludzi.

Co Ciebie urzekło w Lanckoronie?

– Przez wiele lat, jeżdżąc drogą nr 52, mijałam zieloną tablicę kierunkową „Lanckorona 3.5 km”. Kusiło, ale nigdy nie miałam czasu, żeby skręcić. Gdy pojawiła się pierwsza okazja – umówienia się z kimś na kawę w tzw. połowie drogi, moje myśli od razu przybiegły tutaj. I pojechałam. Jak wspomniałam, na rynku zobaczyłam kobietę z chrustem – to był taki czas w moim życiu, gdy ciągnęłam w wielkim mieście dwa etaty i kilka zleceń, a tutaj – kobieta, chrust i spokój. I ludzie, którzy w samo południe zaczęli otwierać szeroko drzwi, by wpuścić do domów wiosenne słońce. To mnie oczarowało.

Jak mieszkanie w Lanckoronie zmieniło Twoje życie?

– Zawsze marzyłam o „domku do remontu na wsi” i żeby sobie dłubać i skubać, ale od marzeń do realizacji najczęściej jest daleko. Tu decyzja zapadła szybko – szukałam rok, ale jak zobaczyłam przyszłe Ławeczki, wiedziałam, że to jest „to” miejsce. Zmieniło się wszystko – od trybu życia, poprzez weryfikację życiowych potrzeb, aż po zmianę priorytetów. Okazało się, że tu naprawdę realizuję marzenia – remontuję dom i jak sobie coś zrobię krzywo, to jest to „moje” krzywo, zakładam ogród, jaki miała babcia, uprawiam ogród permakulturowy – mam warzywa, które jemy, organizuję wydarzenia, które przyciągają ludzi – to magia w czystej postaci. Mam przyrodę na wyciągnięcie ręki, mam zwierzęta – teraz dwa psy i trzy koty, hasła „retencja wody”, „upcycling”, „no waste” są tu faktem, a nie cytatami z publikacji. Najpiękniejsze jest też to, że poznaję tu ludzi, którzy myślą i czują podobnie. Tu czuję, że naprawdę żyję – a od kilku miesięcy „żyjemy” już we dwójkę. I jestem szczęśliwa. Anioły nad wszystkim czuwają. Dobrzy ludzie, dobra energia.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/anielska-wies-lanckorona

https://agronomist.pl/

 

Polka w gronie najlepszych fotografek ogrodów!

 

 

 

 

 

International Garden Photographer of the Year – podbite przez Polkę. Dwie fotografie Bożki Piotrowskiej, zostały nagrodzone w najważniejszym na świecie konkursie i wystawie fotografii ogrodowej, roślinnej, kwiatowej i botanicznej. Artystka zdobyła drugą nagrodę i wyróżnienie Highly commended w kategorii “Beautiful Gardens”. Fotografie wykonane były w jej ukochanym miejscu – Arboretum w Wojsławicach. O swojej miłości do fotografii i ogrodów, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce programu Z klimatem i z pasją.

Na początku – wielkie gratulacje!

– Dziękuje bardzo, to dla mnie duże wyróżnienie znaleźć się wśród cenionych fotografów z całego świata specjalizujących się w fotografii ogrodów. W tym roku udało mi się zdobyć 2 nagrodę i wyróżnienie w kategorii „Piękne Ogrody”, ale dwie poprzednie edycje też były dla mnie udane. To jest prestiżowy konkurs, chociaż przyznam, że w Polsce mało znany. Fotografia ogrodowa nie jest u nas zbyt popularna, nie mamy takich tradycji jak np. Anglicy, u których na popularność fotografowanie ogrodów ma wpływ bogata historia ogrodnictwa.

Arboretum Wojsławice Ogród Botaniczny Uniwersytetu Wrocławskiego, to miejsce pani szczególnie bliskie?

– Tak, jest znakomitym ogrodem do fotografowania. Kompozycja i architektura całego ogrodu, wpisanie w krajobraz, projekty rabat, rzeźba terenu, specyficzny mikroklimat, bogactwo i różnorodność roślin, wspaniała kolekcja gatunków oraz cudowni ludzie, którzy tworzą to miejsce – to wszystko razem działa jak magnes. Mimo, że mieszkam 230 km od tego miejsca, to bardzo często je odwiedzam.

Czy pamięta Pani okoliczności zrobienia tych fotografii?

– Obie fotografie wykonałam w lipcu minionego roku. Prowadzę w Arboretum Wojsławice warsztaty fotograficzne, a fotografia, która zdobyła drugie miejsce, powstała właśnie po zakończeniu dwudniowych warsztatów. Gdy pożegnałam się z moimi wspaniałymi kursantami, to przyznam, że poczułam się wyczerpana, ale też spełniona, nakręcona i szczęśliwa. Buzowało we mnie wiele skrajnych emocji i chciałam się wyciszyć na wzgórzu porośniętym czereśniowym sadem. Zanim jednak weszłam na szczyt, przystanęłam, obróciłam się i popłynęły mi łzy. To był tak przepiękny widok, że uznałam go za nagrodę i zwieńczenie fantastycznego weekendu. Złote światło przebijało się przez ścianę iglaków tkając magiczny gobelin. Aparat miałam w dłoniach, więc pozostało mi jedynie to piękno uwiecznić. Drugą fotografię, wykonałam kilka dni później. Arboretum Wojsławice posiada Kolekcję Narodową Liliowców, która obejmuje ponad 3 tysiące odmian. Łany kwitnących liliowców, jak kolorowe wstęgi, rozciągają się na tym górzystym terenie. Tutaj zachwyciło mnie ich zestawienie z wiśnią ‘Royal Purple’. Magii dodało popołudniowe słońce i roztaczający się z tego miejsca widok na Pogórze Sudeckie.

Brzmi bajecznie! W jakich miejscach najczęściej Pani fotografuje?

– Wiele fotografii wykonuję we własnym, maleńkim ogródku, to są głównie wąskie kadry, zbliżenia oraz portrety kwiatów. Uwielbiam fotografować w Wojsławicach i tutaj powstaje bardzo dużo moich fotografii. Sporo zdjęć powstaje też podczas moich podróży, uwielbiam turystykę ogrodową i zwykle moje wyprawy planuję tak, aby zwiedzić ciekawy ogród i sfotografować go. Mam aparat niemal zawsze przy sobie, a ciągnie mnie do ogrodów botanicznych i arboretów, więc tam powstaje bardzo dużo moich zdjęć.

Kiedy zrozumiała Pani, że fotografowanie ogrodów to Pani przeznaczenie?

– Nie wiem czy to przeznaczenie, bo ciągle odkrywam w fotografii coś nowego dla siebie, pociąga mnie np. portret. Fotografią zainteresowałam się już jako dziecko, choć wtedy była to zupełnie nieświadoma zabawa. Odkąd pamiętam, kochałam też rośliny i przyrodę. Te dwie pasje w pewnym momencie naturalnie się ze sobą połączyły. Jednak, konkretnie na ogrodach skupiłam się odkąd stałam się posiadaczką własnego mini ogródka i od kiedy zaczęłam portretować kwiaty, kompozycje, które sadziłam i życie w ogródku od pierwszych wiosennych kiełków wychodzących nieśmiało z ziemi aż do zanurzenia w zimowym śnie.

Co jest najpiękniejszego w zatrzymywaniu w kadrze ulotnego piękna roślin?

– Najpiękniejsze jest wychwytywanie wyjątkowości i niepowtarzalności. Fotografując, doskonale widzę, że nic dwa razy się nie zdarza – nie da się powtórzyć ulotnych chwil. Dla mnie najpiękniejsze jest łapanie momentów z życia roślin, wzajemne relacje między nimi, uwielbiam też pokazywać korelacje między barwami i niepowtarzalne światło. Lubię personifikować rośliny, opowiadać historię, pokazywać to, co w konkretnej chwili mnie zachwyciło. Każdy z nas widzi inaczej i to jest najpiękniejsze, że dzięki fotografii możemy spojrzeć na świat oczami innej osoby.

Ma Pani ulubione rośliny do fotografowania?

– Rośliny to temat rzeka! Bywa, że te najpiękniejsze są najtrudniejsze do sfotografowania, a potocznie nazywane chwastami pozują jak modelki. Z roślinami jest jak z ludźmi, są mniej lub bardziej fotogeniczne, trudniejsze, ale też wdzięczne i podatne. Do moich ulubionych należą jarzmianki, zawilce, jeżówki, rudbekie, kosmosy, najlepiej w towarzystwie delikatnych traw ozdobnych. Lubię wykonywać portrety roślin, ale patrzę także na wzajemne relacje na rabatach, połącznia kolorystyczne, kontrast i harmonię, faktury, pokrój oraz osobliwe cechy.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/polka-w-gronie-najlepszych-fotografek-ogrodow

https://agronomist.pl/

 

Liderka Anna Michalik

 

 

 

 

 

Pochodzi z rolniczej rodziny i przez moment chciała uciec do miasta. Jednak okazało się, że tylko wieś daje jej szczęście. Teraz pokazuje innym, jak dawniej żyło się i pracowało na terenach wiejskich. Anna Michalik stworzyła w Wólce Dłużewskiej swoisty skansen wsi mazowieckiej. Za swoje działania, otrzymała tytuł innowatorki w agroturystyce. O tym, jak kultywuje tradycję w nowoczesnym świecie, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu „Z klimatem i z pasją”.

Pochodzi Pani z rolniczej rodziny. Zawsze chciała Pani kontynuować rodzinną tradycję i prowadzić gospodarstwo?

– Nie wykluczałam tego, ale musze przyznać, że po studiach próbowałam pracy w Warszawie. Dojeżdżałam codziennie do stolicy. Jednak, po czasie stwierdziłam, że połowę życia tracę na dojazdy. Poza tym, marzyłam o tym, by robić to, co lubię, a jednocześnie być blisko tego, co kocham – rodziny, wsi, przyrody. Tylko gospodarstwo mi to gwarantowało.

I tak zaczęła się agroturystyczna przygoda?

– Dokładnie. Rozwijaliśmy się etapami. Najpierw funkcjonowaliśmy w starym wiejsku domu dziadków, gdzie były spartańskie warunki – zimno, woda ze studni. To właśnie w tym budynku stworzyliśmy skansen – można tu zobaczyć, jak dawniej mieszkano na terenach wiejskich. Właściwie wszystko, co jest w izbach – jest oryginalne – po dziadkach, ode mnie z domu, a także zebrane od sąsiadów, po okolicznych wioskach. Pokazuję, jak trudno miały kiedyś kobiety. Jak prały w balii na tarze, jak nosiły w wiadrach wodę. Ile one się nagotowały – nie miały przecież do dyspozycji nowoczesnych piekarników, szybkowarów, a do wykarmienia były spore rodziny, wielodzietne i wielopokoleniowe. Do kobiet należały także wszystkie prace dookoła gospodarstwa, jak choćby karmienie kur. Z pozoru niektóre ich czynności wydawałyby się lekkie, ale takie – w połączeniu ze sobą – z pewnością nie były. Wykorzystaliśmy także starą stodołę, gdzie pokazujemy dawne maszyny i urządzenia rolnicze. Każdy może się tu przekonać, jak na przykład wyglądała młocka cepami. Rolnicza praca była kiedyś bez większości udogodnień. Teraz nie idzie się za pługiem, nie pracuje się tyle ręcznie, z koniem. Ciągniki mają gps’y, nad polami latają drony, pracą w oborze można sterować za pośrednictwem komórki. Na wieś wkroczyła nowoczesność, ale to nie powód, by zapomnieć, jak dawniej się na niej żyło.

Macie Państwo ogromną przestrzeń w zagrodzie, która jest wykorzystana w każdym calu.

Rozbudowywaliśmy się przez lata. Poza skansenem, na terenie znajduje się nasz dom, budynek dla turystów, do warsztatów, do wypoczynku. Jest kącik na ogniska, na spacery, do zabawy. Teraz trzeba być wszechstronnym, by turystę zatrzymać na dłużej, by zechciał kolejny raz przyjechać. Oferta musi być odpowiednio skonstruowana. Tu nie może być jak w mieście, a jednak z pewnymi wygodami. Nie wystarczy już kawałek ziemi i chatka, swojskie jadło. Turystom potrzeba emocji, rozrywki, wypoczynku połączonego z działaniem, także z edukacją. Zanim zaczniemy prowadzić gospodarstwo agroturystyczne, trzeba dobrze zdefiniować trendy konsumenckie i oczekiwania osób, które będą chciały skorzystać z naszych usług.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/anna-michalik-i-jej-agroinnowacje

https://agronomist.pl/

Liderka Mirosława Wilk

 

 

 

 

 

Gdyby nie przypadek, zamiast radować innych swojskimi rarytasami, prowadziłaby wiejski sklep. Życie lubi jednak pisać zaskakujące scenariusze. Od lat, jako finalistka ogólnopolskiego plebiscytu Rolnik-Farmer Roku, a także laureatka wielu kulinarnych konkursów, z sukcesami prowadzi zagrodę należącą do Europejskiej Sieci Dziedzictwa Kulinarnego – pełną potraw na bazie dawnych przepisów i kolekcjonuje przedmioty dawniej użytkowane na wsi. Jak sprawia się, żeby inni odczuwali wilczy apetyt, Mirosława Wilk opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu „Z klimatem i z pasją.”

Zawsze marzyła Pani, żeby prowadzić wiejską zagrodę?

– Pochodzę ze wsi. Zawsze towarzyszyłam mamie i babci w kuchni. Zwracałam uwagę na to, co się je, jak się gotuje, na zapachy i smaki. Pamiętam, co przygotowywało się w kuchni. Jak dla mnie, żadne – nawet najbardziej wykwintne dania, nie zastąpią prostoty wiejskiego jadła. Nie wiedziałam jednak, że gotowanie stanie się moim sposobem na życie. Choć zawsze gotowałam i ukończyłam nawet szkołę średnią o specjalności gastronomicznej. Gdy dorosłam, wyszłam za mąż, postanowiłam prowadzić sklep. Można powiedzieć, że byłam wiejską bizneswoman. Jednak już wtedy ciągnęło mnie, by robić coś jeszcze poza handlem. Zawsze miałam artystyczne zacięcie, lubiłam malować, więc malowałam obrazy z wiejskimi pejzażami, gąskami, które nie tylko zdobiły moją zagrodę, ale także trafiały do skansenów, tam również były sprzedawane. Poza tym, zaczęłam kolekcjonować przedmioty, urządzenia dawniej wykorzystywane na wsi w kuchniach, w domach, na podwórkach.

Jak to się stało, że zamknęła Pani sklep, a otworzyła zagrodę z tradycyjnym jadłem?

– Przez przypadek. Nieopodal mojego małego sklepu, który prowadziłam 17 lat, powstał duży market. Nie miałam właściwie szans przetrwać na rynku. Zaczęłam myśleć o tym, że trzeba coś zrobić innego w tym życiu. Miałam wziąć udział w jednej z wystaw, gdzie można sprzedawać swoje wyroby. Okazało się, że jeśli weźmie się udział w konkursie kulinarnym „Gotowanie na polanie” w sierpeckim skansenie, nie trzeba płacić za stoisko. Postanowiłam więc wystartować, nie myśląc nawet, że zdobędę jakieś laury. Okazało się jednak, że zajęłam pierwsze miejsce. Moje kluski ziemniaczane z serem podbiły serce samego Karola Okrasy. Pamiętam, że przed podejściem jury, mówiono nam, że dla jurorów przygotować trzeba kilka talerzy. Jednak, ludzie mnie tak otoczyli, tak smakowały im kluski, że straciłam kontrolę nad stoiskiem. Karol Okrasa próbował moich klusek z patelni, bo nie było już ani jednego czystego talerza. I takie mu właśnie zasmakowały. Potem przyszły kolejne konkursy kulinarne przy ośrodkach doradztwa rolniczego, przy okazji różnych festynów. Trzy razy otrzymałam nagrodę – złoty półgęsek. Magda Gessler doceniła przyrządzoną przeze mnie gęsinę. Choć jestem skromna, pomyślałam, że chyba potrafię dobrze gotować i że to zawsze było moim przeznaczeniem. Otworzyłam zagrodę z tradycyjnym jadłem. Pozyskałam dotację na jej rozwój. Raczę innych tym, co dawniej na wsi było na stołach, odtwarzam stare przepisy. Mam klimatyczny piec, w którym żarzy się wesoło ogień, mąkę przesiewam przez stare sito, na wodę mam kankę. Nie pozwalam zapomnieć, jak żyło się i gotowało na dawnej wsi. Można u mnie przenieść się trochę w dawne czasy – ze swojską kiełbaską, świeżo wypieczonym chlebem z pieca. Przygotowuję również dania z jagnięciną, z gęsiną. Produkty i dania wytwarzane są zgodnie z tradycyjnymi recepturami i przy zachowaniu dawnych sposobów i metod. Powrót do korzeni – to jest to! W końcu, zagroda należy do Europejskiej Sieci Dziedzictwa Kulinarnego Kujaw i Pomorza. Dziś panu, który otworzył kiedyś market nieopodal mojego sklepu, pragnę z tego miejsca gorąco podziękować. Odmienił Pan przez przypadek moje życie!

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/mirka-wilk-i-jej-tradycyjne-jadlo

https://agronomist.pl/

 

Liderka Anna Smoter

 

 

 

 

 

Anna Smoter jest mamą najmłodszego hodowcy kur ozdobnych w Polsce. Na tym jednak nie poprzestała. Prowadzi nietypową zagrodę edukacyjną z drobiem ozdobnym w województwie kujawsko-pomorskim. Ostatnio, założyła również fundację ratującą sowy. O pasji, która uskrzydla, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Skąd miłość do ptaków?

Nigdy nie sądziłam, że w naszym życiu pojawią się ptaki. Wszystko tak naprawdę dzięki naszemu synowi Erykowi – to on pokazał nam ptasi świat. Nie podejrzewałam, że ten świat tak bardzo mi się spodoba – że można tak cudownie spędzać czas wśród tych zwierząt, że każde z nich jest tak bardzo inne. Można powiedzieć, że wpadliśmy po uszy – ja i mój mąż. O synu nie wspomnę, bo ten młody delikwent, ma na swoim koncie wiele nagród dla najlepszych hodowców i o ptakach wie bardzo dużo. Myślę, że miłość do ptaków w moim przypadku, to nic innego, jak totalne fascynacja nimi, ich barwami, trybem życia, umiejętnością komunikacji z człowiekiem i co chyba najważniejsze – zdolnością do szybowania po niebie (choć w przypadku kur akurat to niezbyt dalekie loty).

Jak powstała zagroda edukacyjna ?

To dość długa historia. Odkąd nasz syn – w wieku siedmiu lat, zaczął odnosić sukcesy hodowlane, zaczął poszerzać wiedzę o kurach i dzielić się nią z nami, uznaliśmy, że aby hodowla miała sens, trzeba zapewnić ptakom jak najlepsze warunki. Tu ukłon w stronę dziadków Eryka, ponieważ to oni uznali, że w takim układzie, trzeba kupić działkę, na której staną kurniki. Tak też się stało. Piękne kurniki, ogrzewane, zabezpieczone przed deszczem i wiatrem, z dużymi wybiegami – stanowiły miejsce idealne do rozwoju pasji syna. W tym momencie, włączyła się i nasza fascynacja. Zaczęły dochodzić kolejne woliery. Z czasem, coraz więcej osób, które przejeżdżały obok naszego siedliska, zaglądało do nas z pytaniem, czy mogą zobaczyć ptaki. Chętnie wtedy wszystkich oprowadzałam i opowiadałam o każdej rasie. Właśnie wtedy mąż wpadł na pomysł, abyśmy otworzyli zagrodę edukacyjną. Mnie się to bardzo spodobało. Zaczęliśmy mieć mnóstwo wycieczek szkolnych, rodzinnych itp. To dało początek Kurzej Hacjendzie.

Jak to jest być mamą najmłodszego hodowcy drobiu ozdobnego w Polsce?

Oj, na pewno nie jest to łatwe zadanie. Przede wszystkim, początkowo oboje z mężem mieliśmy nadzieję, że miłość sześciolatka do kur szybko minie. Był zakochany w pierwszej parce kur, które kupił za swoje oszczędności, a my chętnie zrobiliśmy kurnik dla tych ptaszków. Kiedy pasja nabierała rozpędu, musiałam bardzo pilnować, aby nie zaniedbał szkoły. Gdy ptaków było kilka, radził sobie sam z opieką, ale ich rosnąca ilość sprawiła, że zaczęliśmy mu pomagać. Na wystawy jeździliśmy wspólnie, bo oboje z mężem uważamy, że to nasze zadanie, jako rodziców, wspierać dziecko w pasji. Dla nas to też cudowna przygoda. Dziś Eryk jest dość znany wśród hodowców. Mimo to, pozostał skromnym chłopcem. Myślę, że to najtrudniejsze zadanie rodziców – aby sukcesy nie przysłoniły dziecku realnego świata, aby nie popadł w samozachwyt, ale żeby był z siebie dumny i wierzył w swoje możliwości (tu granica jest bowiem dość cienka i tylko od nas rodziców zależy, jak się dalej życie potoczy). Trzeba też pamiętać, że hodowla drobiu, to też praca i nauka. Nic nie jest podane na tacy. Zdarzają się porażki, ciężkie chwile. I tu też nasza rola, aby być przy młodym i wspierać go, aby się nie poddawał. Będąc mamą młodego hodowcy, trzeba zaakceptować jego nietypowe hobby, a także to, że gdy jego rówieśnicy grają w gry na komputerze, on przesiaduje w kurniku. Godzę się także z tym, że czasami Eryk odrabia lekcje w asyście jednej z kur. Kurze wizyty w salonie nie są co prawda codziennością, ale się zdarzają.

Jak rozwinęła się Wasza hodowla kur?

Początki nie były łatwe. Eryk miał zaledwie nieco ponad 5 lat, a nasze pojęcie o kurach generalnie kończyło się… w kuchni. Można zatem powiedzieć, że hodowli uczyliśmy się razem. Trzeba było. Sześciolatek nie ogarnie chorób drobiu i podawania leków (choć i tego z czasem się nauczył). Zaczynaliśmy od jednej pary japońskiej rasy shoukoku. Kiedy dziadkowie zrobili Erykowi prezent w postaci inkubatora do wylęgu jaj, to już wiedzieliśmy, że ta przygoda zbyt szybko się nie skończy. Obecnie kur jest ponad 80. Trzymane są rasami, a tych ras najwięcej mamy z Japonii (kury długoogoniaste i długopiejące), z Indonezji (ayam cemani i ayam ketawa). Osobiście najbardziej lubię Ayam cemani, czyli kurę czarną. Niesamowita rasa o zupełnie czarnym upierzeniu i takim samym kolorze skóry, oczu, skoków (nóg), jak i okostnej i narządów wewnętrznych. Mimo groźnego wyglądu, są całkiem sympatyczne. U nas goszczą koguty o imionach Diablo, Lucyfer (dla kumpli Lucek) i Demon oraz kilka kurek. Robią furorę na wystawach.

Kury Was uskrzydlają?

Nawet nie podejrzewałam, że tak to się potoczy. Nie sądziłam, że klucie kurcząt przyniesie tyle radości, że tak wiele się nauczymy przez te lata i że te kury staną się niejako członkami rodziny. Można się śmiać, ale tak jest. Pamiętam, jak Eryk kupił sobie przepiękną parę dorodnych kur i nadał im imiona Napoleon i Marysieńka. Była to cudowna para. Dała nam sporo kurcząt. Któregoś dnia Eryk zauważył, że Napoleon ma narośl na nodze i że brzydko to wygląda . Przyszedł do mnie. Obejrzałam nogę. Faktycznie nie wyglądała dobrze. Widziałam, że to guz, ale nie chciała mówić Erykowi najgorszego. Napoleon ( Napi – tak na niego wołaliśmy) słabł w oczach. Któregoś ranka syn poszedł do kurnika, wrócił do domu i powiedział, że Napi nie wychodzi z kurnika i Marysieńki też nie ma. Poszliśmy razem zobaczyć, co się dzieje. Widok nas zaskoczył. Napoleon leżał na boku, bardzo słaby, a obok niego czuwała Marysieńka. Eryk zacisnął usta i poprosił, aby pojechać do weterynarza uśpić kogutka, bo się bardzo męczy. Tak zrobiliśmy. Trudno sobie wyobrazić, że można płakać po kogucie. Ktoś powie, że to przecież zwykła kura. Może dla kogoś tak. ale nie dla nas. Eryk mocno to przeżył. Wtedy dotarło do nas, że przecież te ptaki mają imiona, że jak się je karmi lub sprząta, to się z nimi rozmawia, a one chętnie biorą w tym udział. Nie sądziłam, że kury mogą być tak społeczne, komunikatywne, ale takie właśnie są.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/tanczaca-z-kurami

https://agronomist.pl/

 

Liderka Halina Bielińska

 

 

 

 

 

Miała specjalizować się w truskawkach. Do Instytutu Zootechniki w Kołudzie Wielkiej, trafiła na staż. To miał być tylko krótki epizod badawczy. Los jednak sprawił, że na Kujawach znalazła nie tylko swoje przeznaczenie zawodowe, ale również – miłość życia. Dr inż. Halina Bielińska to dziś jedna z najbardziej znanych i cenionych ekspertek od hodowli gęsi w Polsce i na świecie, a jednocześnie dyrektorka Instytutu Zootechniki w Kołudzie Wielkiej. O swojej uskrzydlającej miłości do ptaków, która sprawia, że jest nazywana gęsią mamą, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Kołuda Wielka to wyjątkowe miejsce na gęsinowej mapie Polski?

– Nie tylko na gęsinowej mapie Polski, ale także Europy i świata. Postrzegani jesteśmy jako kolebka gęsi białej kołudzkiej. Dla nas, pracujących z gęsią w Instytucie Zootechniki, jest to szczególne miejsce, gdzie mamy szansę realizować swoje pasje badawcze i nie tylko, możemy obserwować te ptaki i ich behawior, ale przede wszystkim dbać o to, żeby genetycznie ta gęś sprostała temu, czego oczekuje konsument. W 2012 roku, gęś biała kołudzka została uznana jako odrębna rasa gęsi w Polsce. Jest w tej chwili nazywana naszą narodową gęsią. To nasza duma!

To ogromny sukces hodowlany, na który Państwo pracowaliście wiele lat.

– Rzeczywiście, na ten sukces pracowało parę pokoleń. W 1962 roku, ówczesny dyrektor zakładu – doc. dr Kazimierz Bieliński, zakupił w Danii stadko gęsi Białej Włoskiej i od tamtego czasu zakład zaczął specjalizować się w hodowli gęsi. Wieloletnie badania naukowe, prace selekcyjne prowadzone od 2003 roku w ramach utworzonego w zakładzie Krajowego Ośrodka Badawczo-Hodowlanego Gęsi, pozwoliły na zdecydowaną poprawę genotypu i utrwalenie wartościowych cech użytkowych tej gęsi, która w międzyczasie, otrzymała nazwę handlową gęś Biała Kołudzka ®. Obecnie, ok. 98% pogłowia gęsi w kraju, wywodzi swój genotyp z Kołudy Wielkiej. Gąsięta W31, mieszańce dwóch rodów wytworzonych w Kołudzie Wielkiej, dominują na polskich fermach drobiu. To właśnie docent Bieliński rozpalił w nas chęć poszukiwania rożnych cech tej gęsi, a jednocześnie dbania o to, by stworzyć tu – na Kujawach, miejsce do jej dobrego rozwoju, bytowania. Można powiedzieć, że Kołuda Wielka to kolebka polskiej gęsi. To dzięki pracom badawczym, połączonym z zabiegami hodowlanymi, udało się stworzyć mieszańca, który utrzymywany zgodnie z technologią opracowaną w Zakładzie Doświadczalnym w Kołudzie Wielkiej, jest gęsią owsianą o bardzo smacznym i znakomitym nie tylko mięsie, ale i tłuszczu. Gęś Biała Kołudzka stała się nie tylko znakiem rozpoznawczym Zakładu, lecz także symbolem Kujaw i Pomorza. Symbolicznym potwierdzeniem tego faktu, jest pomnik z brązu w kształcie gęsi, który odsłonięto podczas uroczystości pięćdziesięciolecia Instytutu – przed siedzibą Krajowego Ośrodka Badawczo-Hodowlanego Gęsi.

Czym się charakteryzuje gęś Biała Kołudzka?

– Gęś Biała Kołudzka to ptak niezwykły, szczególny, szalenie inteligentny. Gęś owsiana jest obecnie hitem polskiego drobiarstwa. Gęsi Białe Kołudzkie doskonale przystosowane są do warunków przyrodniczych Polski, wykazują również wysoką odporność na niekorzystne warunki środowiska. Są świetnymi nioskami. Korzystają z pastwisk, karmione są paszą treściwą (śruty zbożowe), zielonką i ziołami, a przez ostatnie trzy tygodnie – ziarnem owsa (tucz owsiany). Mięso z tych gęsi posiada wysoką wartość odżywczą, charakteryzuje się dużą zawartością białka, a małą cholesterolu. Tłuszcz gęsi owsianych zaliczany jest do tzw. „zdrowszych tłuszczy zwierzęcych”, ponieważ zawiera dużo cennych jedno- i wielonienasyconych kwasów tłuszczowych. Poza tym, eksperci amerykańscy i niemieccy ocenili, że najlepszy jakościowo puch pozyskuje się właśnie z gęsi rasy Białej Kołudzkiej, dokarmianych owsem, który jest bogaty w cenne mikroelementy. Na jakość gęsiego puchu wpływa jednak nie tylko sposób ich żywienia, ale też warunki, w jakich te gęsi żyją.

Nie wiem czy Pani wie, ale wiele osób nazywa Panią gęsią mamą.

– Jak bywam w terenie, to niejednokrotnie słyszę to określenie. Jest to dla mnie bardzo miłe, bo w końcu matka jest tylko jedna! Jestem postrzegana jako gęsia mama może dlatego, że jestem z tymi gęsiami od początku. Po studiach, przyjechałam do Kołudy jako stażystka odpracowująca stypendium fundowane na mojej olsztyńskiej uczelni przez Instytut Zootechniki. I tak się zaczęło, choć początki nie należały do najłatwiejszych.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/gesia-mama

https://agronomist.pl/