Dbając o glebę, dbasz o klimat!

 

 

 

 

 

Ponad 90 proc. żywności produkowanej na świecie wymaga zdrowej i płodnej gleby. Tymczasem, jak wynika z najnowszych badań naukowców, tylko 1/32 wszystkich gleb nadaje się do uprawy. Ilość ta ciągle maleje. Każdego roku, z powodu erozji, ubywa na świecie około 24 mld ton gleb. Jednym ze sposobów na rozwiązanie tego problemu, jest rolnictwo regeneratywne. Gleba jest jednym z największych potencjalnych magazynów gazów cieplarnianych, które powinniśmy usunąć z atmosfery, by spowolnić postępowanie zmian klimatycznych. 

By zachować właściwości gleby korzystne dla wzrostu roślin i jej potencjał plonotwórczy w przyszłości, musimy o nią zadbać. Umożliwia to rolnictwo regeneratywne, czyli zestaw strategii, narzędzi i praktyk, które pozwalają na wytwarzanie żywności z jednoczesnym naciskiem na odbudowę zdegradowanych obszarów rolniczych. Odbywa się to na kilku poziomach – m.in. poprzez regenerację biologiczną oraz regenerację strukturalną gleby. Liczy się odbudowa właściwego poziomu materii organicznej, co przekłada się na zwiększoną wydajność i produktywność obszarów rolniczych, podwyższoną odporność upraw na choroby i szkodniki oraz lepszą jakość żywności.

Ważne są m.in. minimalizacja orki, która uwalnia olbrzymie ilości dwutlenku węgla i tlenków azotu do atmosfery. Trzeba pamiętać także o wprowadzaniu zróżnicowanego płodozmianu, dzięki czemu gleba mniej się wyjaławia. Warto również stosować nawozy zielone i okrywać gleby zimą, a także wprowadzać rośliny białkowe. Celem takich działań jest zgromadzenie w glebie jak największej ilości materii organicznej i wychwytywanie CO2 z atmosfery, dzięki czemu dbamy o klimat – wymienia Mirosław Korzeniowski, prezes zarządu w Stowarzyszeniu AGROEKOTON.

Preferowaną praktyką rolnictwa regeneracyjnego jest również agroleśnictwo, wskazane przez ONZ jako najważniejsza innowacja w rolnictwie na najbliższe lata. To system rolniczy, w którym istnieje integracja roślin drzewiastych (wieloletnich) z roślinami uprawnymi lub z użytkami trwałymi i produkcją zwierzęcą. Obecnie, systemy te badane są pod kątem dostosowania do nowoczesnych technik produkcyjnych i wprowadzane są w nowej formie do praktyki.

Zadbać o glebę należy nie tylko na polach, ale także w sadach i ogrodach. W ramach jednego z projektów dotyczącego ogrodnictwa zrównoważonego, prowadzone są w tym sezonie działania wdrożeniowe mające na celu regenerację gleb w uprawach sadowniczych, w sadach konwencjonalnych i ekologicznych. Wdraża go Stowarzyszenie AGROEKOTON wraz z parterami m.in. Instytutem Ogrodnictwa w Skierniewicach, Uniwersytetem Przyrodniczym w Lublinie oraz IUNG-PIB w Puławach. Projekt dostarcza innowacyjnych biologicznych i cyfrowych rozwiązań.

Optymalnie byłoby odtworzyć żyzność gleby na całej powierzchni sadu, lecz szczególnie konieczne jest to w rzędach planowanego nasadzenia, zapewniając możliwie dobre warunki rozwoju i wzrostu w pierwszych latach po założeniu plantacji. Dlatego, prowadzimy doświadczenia zarówno w istniejących sadach, jak i na nowo zakładanych plantacjach. Obecnie, nasze działania wdrożeniowe koncentrujemy na kluczowych dla produkcji owoców aspektach, takich jak wysiewanie międzyplonów przed założeniem nowego sadu, podnoszenie pH przez wapnowanie gleb, optymalizacja nawożenia mineralnego, bilans nawozowy oparty na badaniach zasobności i potrzebach nawozowych roślin uprawnych. Skupiamy się również na wprowadzaniu roślin bobowatych i pasów kwietnych, w miejsce pasów herbicydowych, wprowadzaniu do gleby materii organicznej np. substratów na bazie węgla brunatnego, w celu poprawy warunków wodno-powietrznych i podniesienia poziomu próchnicy w glebie oraz ograniczeniu uprawy mechanicznej po posadzeniu sadu. Istotne jest także poprawianie aktywności biologicznej gleb przez wprowadzanie kwasów humusowych, grzybów mikoryzowych czy bakterii wiążących azot. Zwracamy także uwagę na optymalizację nawodnienia, dzięki cyfrowym systemom wspomagania decyzji – mówi Mirosław Korzeniowski, prezes zarządu w Stowarzyszeniu AGROEKOTON.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/dbajac-o-glebe-dbasz-o-klimat

https://agronomist.pl/

Zmiany w prawie energetycznym szansą na rozwój energii zeroemisyjnej

 

 

 

 

 

 

Rynek fotowoltaiki w Polsce przechodzi od dwóch lat boom rozwojowy. Na koniec 2020 roku, w Polsce działało 3936 MW instalacji fotowoltaicznych, co oznacza wzrost o 2 463 MW, a więc 200% wzrost rok do roku. Największy wkład w przyrost nowych mocy, mieli prosumenci indywidualni. Tym samym, wg Solar Power Europe, w 2020 roku Polska znalazła się na 4-tym miejscu pod względem przyrostu mocy zainstalowanej PV w Unii Europejskiej. Wyprzedziły nas tylko Niemcy, Holandia i Hiszpania. Według prognoz Instytutu Energetyki Odnawialnej, Polska w 2021 roku, po raz kolejny z rzędu, utrzyma tak wysoką pozycję w UE. Tymczasem, Senat poparł nowelizację prawa energetycznego w Polsce.

Transformacja energetyczna Polski

Nowelizacja prawa energetycznego w Polsce przewiduje m.in. wymianę co najmniej 80% liczników na inteligentne do 2028 roku oraz rozwijanie magazynów energii. Krajowy plan na rzecz energii i klimatu na lata 2021-2030 zakłada m.in. redukcję udziału węgla w produkcji energii w Polsce do 56-60% i udział OZE na poziomie 21-23% w ogólnym zużyciu energii. Zmiany w prawie mogą stanowić potrzebny impuls do zmian.

Nowelizacja pomoże w przechodzeniu na energię zeroemisyjną, bazującą na fotowoltaice i turbinach wiatrowych. Odnawiane źródła energii są niestabilne – nie zawsze wieje wiatr czy świeci słońce. Ich rozwijanie wymaga zatem inteligentnego zarządzania przepływem energii w sieci. W tym kierunku idą też procedowane zmiany. Zakładają one, że do 2028 roku co najmniej 80% odbiorców ma zostać wyposażonych w liczniki do zdalnego odczytu energii. Dane z urządzeń pozwolą stworzyć centralny system informacji rynku energii. Dzięki temu, znane będzie aktualne zapotrzebowanie na moc, dokładne zużycie i prognozy – są to informacje kluczowe dla efektywnego korzystania z zielonej energii – mówi Mariusz Hudyga, product manager w firmie Eaton.

Zmiany w prawie energetycznym zwalniają z obowiązku uzyskania koncesji na mniejsze magazyny energii (do 10 MW) i obowiązku taryfowego. Znoszą także podwójne opłaty dystrybucyjne i przesyłowe: za energię pobraną z sieci do magazynu i oddaną z magazynu do sieci. Dla urządzeń o mocy poniżej 50 kW nie będzie też żadnych obowiązków rejestracji. Ma to podnieść konkurencyjność cen energii i zachęcać potencjalnych inwestorów, więc przełoży się na rozwój całej branży magazynowania mocy. Włączanie do systemu magazynów energii pomoże Polsce w przechodzeniu na energię zeroemisyjną. Pozwolą one ustabilizować OZE i uniezależnić się od dużych elektrowni konwencjonalnych.

Nowe regulacje zakładają również podstawę dla rekuperacji, czyli odzyskiwania energii elektrycznej podczas hamowania pojazdów trakcyjnych – tramwajów czy pociągów.

Energia zwracana do sieci trakcyjnej będzie uwzględniana w rozliczeniach za prąd odbiorcy. Każda tego typu inicjatywa, to duży krok w kierunku ochrony klimatu, która wymaga jak najlepszego zarządzania energią na każdym etapie: wytwarzania, dystrybucji, ale też wykorzystywania – dodaje Mariusz Hudyga.

Nowelizacja prawa energetycznego to wyraźny i bardzo potrzebny Polsce krok w kierunku gospodarki zeroemisyjnej. Zmiany wchodzą w życie w ważnym momencie transformacji energetycznej. Zeszłoroczne porozumienie w sprawie ożywienia gospodarczego Europy, po kryzysie związanym z pandemią koronawirusa, zakłada m.in. przeznaczenie prawie jednej trzeciej funduszy na walkę ze zmianami klimatycznymi. Określa też, że inwestycje powinny być zgodne z celami Porozumienia Paryskiego, czyli zmniejszeniem emisji gazów cieplarnianych. Krajowy plan na rzecz energii i klimatu na lata 2021-2030 zakłada m.in. redukcję udziału węgla w produkcji energii w Polsce do 56-60% i udział OZE na poziomie 21-23% w ogólnym zużyciu energii.

Obroty na rynku fotowoltaiki przekroczą 9 mld zł rocznie?

Jak wynika z raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2021”, na koniec 2021 roku, moc zainstalowana w PV w Polsce może przekroczyć o 6 GW i zrównać się z mocą farm wiatrowych sprzed roku. W perspektywie najbliższych kilku lat, prognozy IEO nie przewidują spowolnienia na rynku fotowoltaicznym. Główny udział w przyroście mocy będą mieć projekty farm PV, przygotowane pod aukcje OZE, także te wielkoskalowe. Przejściowe spowolnienie może dotknąć segmentu mikroinstalacji, jednakże cały rynek fotowoltaiki nie odnotuje tego efektu w najbliższych kilku latach. Jest to bowiem technologia elastyczna, skalowalna, działająca w wielu segmentach i niszach rynkowych. Dodatkowo, w bieżącym roku, po raz pierwszy zauważalnie wzrośnie rola prosumentów biznesowych (o co najmniej 200 MW), a trend ten będzie się nasilał w kolejnych latach. Według prognozy IEO moc zainstalowana w fotowoltaice w 2022 roku podwoi swoją wartość z końca 2020, a na koniec 2025 roku, może wynieść 15 GW. Prognozy wskazują także, że obroty na rynku fotowoltaiki przekroczą 9 mld zł rocznie.

We wrześniu 2020 roku, w Ministerstwie Klimatu, został podpisany list intencyjny na rzecz rozwoju przemysłu fotowoltaicznego w Polsce oraz wypracowania projektu umowy sektorowej. List intencyjny, którego stroną jest Minister Klimatu i Pełnomocnik Rządu ds. Odnawialnych Źródeł Energii, został podpisany przez organizacje promujące rozwój przemysłu PV oraz wiodące firmy przemysłowe zajmujące się produkcją modułów PV i innych kluczowych urządzeń i komponentów specyficznych dla fotowoltaiki. Uwzględnienie pespektywy przemysłu staje się szczególnie ważne w obliczu wyzwań związanych z zapewnieniem szerokiego dostępu do krajowych technologii (bezpieczeństwo technologiczne) oraz ryzyka zakłóceń dostaw i wzrostu cen urządzeń z importu. Udział producentów krajowych w dostawach komponentów i urządzeń dla instalacji fotowoltaicznych w 2020 roku wynosił 23%, ale już w 2025 roku, wg planów inwestycyjnych polskich firm przemysłowych, może wzrosnąć do niemal 40%.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/zmiany-w-prawie-energetycznym-szansa-na-rozwoj-energii-zeroemisyjnej

https://agronomist.pl/

Złoto Podlasia, czyli ser koryciński

 

 

 

 

 

W czasie leżakowania, nabiera specyficznego aromatu i szlachetnego smaku. Wyrabiany jest z pełnego mleka krowiego – z dodatkiem podpuszczki i soli kuchennej. Ma charakterystyczny kształt spłaszczonej kuli z charakterystycznymi karbowaniami. Ser koryciński jest jednym z najbardziej znanych polskich serów dojrzewających. To nie tylko chluba Polski z unijnym certyfikatem, ale także charakterystyczny produkt Podlasia i jego smakowita wizytówka.

Według legendy, produkcji sera korycińskiego, nauczyli mieszkańców Podlasia Szwajcarzy, którzy w drugiej połowie XVII wieku na ziemiach korycińskich brali udział w jednej z bitew Potopu Szwedzkiego. Ranni żołnierze trafili do folwarku Kumiała nieopodal Korycina. Niektórzy Szwajcarzy zdecydowali się osiąść tam na stałe i ponoć to właśnie oni – w ramach wdzięczności za gościnność i opiekę, przekazali mieszkańcom tajniki produkcji wyjątkowo smacznego sera. Nazywano go powszechnie ,,swojskim”. Stanowił lokalny przysmak, który przez stulecia znalazł sobie uznanie w innych regionach kraju. Przed II wojną światową, ser od produkujących go miejscowych rolników, odbierali Żydzi. W latach 50-tych i 60-tych XX wieku, funkcjonowały w Korycinie dwa punkty skupu, skąd produkt ładowany do ciężarówek, trafiał głównie na Śląsk. Wybudowanie w latach 70-tych dużych zakładów mleczarskich w Mońkach i Sokółce, było przyczyną całkowitego prawie zaniku produkcji sera ,,swojskiego”. Dziś, umiejętność produkcji takiego sera zachowały jeszcze niektóre gospodynie z okolic Korycina. Wytwarzają go tradycyjną technologią, jedynie proszek z cielęcych żołądków zastąpiony został podpuszczką stosowaną w mleczarstwie.

Ser koryciński wykonywany jest z mleka niepasteryzowanego, co jest związane z bardzo wysokimi wymaganiami higienicznymi, dotyczącymi udoju. Stosowane do produkcji tych serów mleko krowie jest zawsze świeże, a także bardzo czyste. Tajemnica produkcji żółtego sera z krowiego mleka, dawniej polegała na zastosowaniu odpowiedniego enzymu, który powodowałby ścięcie świeżego mleka. Enzym ten produkowano jako proszek ze startych, wcześniej wysuszonych cielęcych żołądków. Świeże mleko podgrzewano, przyprawiano do smaku (głównie solą) i dodatkowo – szczyptą proszku. Następowało szybkie ścięcie mleka i wydzielenie się serwatki. Po dokładnym wyciśnięciu, formowano ser w charakterystyczny, kulisty, lekko spłaszczony kształt i układano w specjalnych drewnianych formach, nacierając go wcześniej dookoła solą. W formach przenoszono ser do kamiennej piwnicy. Obecnie, proszek z suszonych żołądków, zastąpiła podpuszczka mleczarska, a gotowe sery leżakują krócej niż kiedyś, jednak cały proces przebiega tak samo, dzięki czemu uzyskiwany jest w pełni naturalny i wyjątkowo smaczny nasz lokalny rarytas – opowiada Agnieszka Bielec, jedna z producentek sera korycińskiego ze wsi Aulakowszczyzna. W jej domu wytwarzano ser koryciński od kiedy tylko pamięta.

Tego sera zawsze było w domu mnóstwo. Jadło się go na chleb, z miodem, z powidłami – na różne sposoby. Nauczyłam się go wyrabiać od mamy, babci. Teraz ten ser uwielbiają moje dzieci. To produkt głęboko zakorzeniony nie tylko w moim życiu, ale także w życiu mieszkańców Podlasia. Choć zmieniła się nieco technologia jego wytwarzania, sery z Korycina smakują tak samo jak przed wiekami – mówi.

By powstał 1 kg sera korycińskiego, potrzebnych jest ponad 10 litrów wysokiej jakości mleka. Zawartość tłuszczu sera korycińskiego sięga około 30%. Swój kulisty, lekko spłaszczony kształt i karbowaną powierzchnię, sery te zawdzięczają cedzakom, w których są osączane z serwatki w początkowym etapie produkcji. Wielkość sera zależy od ilości masy umiejscowionej w cedzaku, jak też od czasu dojrzewania. Przeciętnie, gotowe przysmaki, ważą od 2,5 do 5 kg i mają około 30 cm średnicy. W 2004 r. na poznańskich targach Polagra Farm, ser koryciński otrzymał I nagrodę oraz tytuł „Smak Roku”, Perłę w konkursie Nasze Kulinarne Dziedzictwo oraz „Tytuł Podlaska Marka Roku” w kategorii „Smak”. Od 2004 r. co roku jesienią organizowane jest „Święto sera korycińskiego”. Ten znany i ceniony mleczny rarytas, już od 2005 roku widnieje na liście tradycyjnych produktów prowadzonej przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Dodatkowo, otrzymał unijny certyfikat jakości „Chronione Oznaczenie Geograficzne”.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/zloto-podlasia-czyli-ser-korycinski

https://agronomist.pl/

Zjawisko depopulacji na polskiej wsi

 

 

 

 

 

W podmiejskich wsiach mieszkańców przybywa, a w typowo rolniczych – ubywa. Ten trend narasta nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach Wspólnoty. W 2015 roku, 28 proc. ludności Unii Europejskiej mieszkało na obszarach wiejskich, ale już w ubiegłym roku, odsetek ten spadł do 21 proc. Obecnie, w Polsce na obszarach wiejskich mieszka 15 mln ludzi.

Trend wyludniania się terenów wiejskich, szczególnie tych położonych z dala od większych ośrodków miejskich, jest najbardziej widoczny na wschodzie Polski. Na 118 podlaskich gmin, 78 zanotowało w okresie 2010-2019 spadek liczby ludności. Z jednej strony Polska jest krajem z największą liczba młodych rolników w Unii Europejskiej. Zaliczamy się do grona trzech krajów, gdzie odsetek najstarszych rolników, czyli takich w wieku powyżej 65 lat jest mniejszy niż 10 proc., a odsetek najmłodszych rolników, a więc takich poniżej 35 lat, jest wyższy niż 10 proc. Z drugiej jednak strony, tereny wiejskie się wyludniają, a opuszczają je zwłaszcza młodzi ludzie. Zjawisko odpływu młodych ludzi ze wsi zaczęło się w Polsce już w latach 70. XX wieku, a nasilone jest od lat 90-tych. Znikają małe gospodarstwa. W ciągu ostatnich trzech dekad, liczba ludności wiejskiej wzrosła, ale w większości gmin wiejskich czy wiejsko-miejskich saldo migracyjne jest ujemne.

Wieś – obszar dynamicznych demograficznych zmian

Jak wynika z raportu Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju wsi pt. „Diagnoza sytuacji społeczno-gospodarczej, obszarów wiejskich i rybactwa w Polsce”, dokumentu służącego opracowaniu Strategii zrównoważonego rozwoju wsi, rolnictwa i rybactwa do 2030, na terenach wiejskich nastąpił wzrost liczby mieszkańców o 14 654 osoby, w szczególności wzrost liczby ludności na terenach wiejskich notowały województwa: wielkopolskie (11 859), pomorskie (8 323) i małopolskie (7 524). Spadek liczby mieszkańców terenów wiejskich był największy w województwach: świętokrzyskim (9 540 osób) i podkarpackim (5 761 osób), co w dużej mierze jest wynikiem zmian w podziale terytorialnym (przyłączanie terenów wiejskich do miast). Wzrost liczby mieszkańców wsi, spowodowany jest głównie migracjami z dużych ośrodków miejskich na obrzeża miast – należące już do terenów administracyjnie wyodrębnianych jako obszary wiejskie. Konsekwencją tego jest obserwowane od 2000 roku dodatnie saldo migracji na wsi (napływ ludności z miast corocznie przewyższa z reguły ujemne saldo migracji zewnętrznych), w średniej wysokości 28,1 tys. rocznie. Mimo to, w niektórych województwach (lubelskie, opolskie, podlaskie, świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie, zachodniopomorskie), spada liczba mieszkańców wsi, przy czym wpływ na to mają także zmiany podziału terytorialnego (np. nadanie statusu miasta miejscowościom wiejskim). Rosnące migracje z miast na tereny wiejskie, zwłaszcza wokół dużych aglomeracji miejskich, są powodowane niższymi cenami mieszkań czy kosztów budowy domu, jak również są wyrazem rosnącego statusu ekonomicznego, umożliwiającego zamieszkanie w korzystniejszym ekologicznie rejonie. Równolegle następują zmiany w charakterze migracji ze wsi do miast: zmniejszenie znaczenia migracji stałych (definitywnych) na rzecz migracji związanych z pracą lub nauką.

Tereny wiejskie zagrożone zjawiskiem depopulacji

Jak wynika z prognoz ekspertów, do 2030 roku pozytywny trend demograficzny na obszarach wiejskich, prowadzący do wzrostu liczby i udziału populacji wiejskiej w ludności ogółem będzie się utrzymywał. Prognozuje się, że liczebność populacji wiejskiej zwiększy się wówczas o ponad 250 tys. w stosunku do 2016 r. i osiągnie poziom 15 567 tys. (w 2020 r. – 15 421 tys.), co będzie oznaczać 41,9% populacji ogółem (w 2020 r. – 40,4%). Z drugiej strony, część obszarów wiejskich (głównie położonych peryferyjnie, w sposób realny jest zagrożona procesem depopulacji. Obszary wiejskie, dotknięte spadkiem ludności, będą musiały mierzyć się z szeregiem konsekwencji tego zjawiska. Jedną z nich będzie malejąca baza podatkowa, która zrodzi problemy z zapewnieniem zadowalającej infrastruktury i dostarczaniem usług (szczególnie w obliczu wzrastającego popytu na usługi zdrowotne). Ponadto, obszary te, jeśli nie będą obiektem zwiększonej imigracji, staną przed wyzwaniem braków na rynku pracy. W skrajnych przypadkach, niektóre peryferyjne miejscowości mogą zostać wyludnione, co stworzy dodatkowe problemy związane m.in. z utrzymaniem dziedzictwa kulturowego.

Mobilność mieszkańców Polski a migracja ze wsi

Mobilność mieszkańców kraju, w tym obszarów wiejskich, jest silnie zróżnicowana, co obrazują wskaźniki odpływu i napływu rejestrowanego na podstawie zameldowań i wymeldowań. Większa ruchliwość dotyczy północnej i zachodniej części kraju, co jest tłumaczone uwarunkowaniami historycznymi, w tym doświadczeniem zasiedleń bezpośrednio po II wojnie światowej wskutek przesunięcia granic politycznych. Co ważne, Warszawa skutecznie konkuruje o migrantów nawet na obszarach położonych stosunkowo blisko stolic innych regionów, np. Białegostoku. Centra miejskie oraz w mniejszym stopniu obszary wiejskie, tracą ludność na rzecz obszarów podmiejskich. Dominującym przepływem jest ruch pomiędzy większymi ośrodkami miejskimi, a ich strefami podmiejskimi. Zachodzące w Polsce procesy peryurbanizacji (procesu transformacji urbanistycznej), mogą prowadzić do konfliktów związanych z użytkowaniem ziemi, utraty gruntów rolnych wysokiej jakości czy do nadmiernego ruchu drogowego. Na wielu obszarach planowanie przestrzenne nie jest rozwinięte w wystarczającym stopniu, a efektywne zarządzanie wiejskim krajobrazem w pobliżu miast stanowi ciągłe wyzwanie.

Polska wieś się starzeje

W Polsce silnie postępuje starzenie się ludności. Jest to permanentny, konsekwentny proces, na którym silne piętno odbijają uwarunkowania historyczno-kulturowe i zmiany granic politycznych po II wojnie światowej, jak też nawet okres zaborów. W efekcie, zaawansowanie starości demograficznej jest zróżnicowane, w zależności od kategorii gmin. W latach 2008-2015, gminy typowo wiejskie postarzały się w mniejszym stopniu niż obszary bardziej zurbanizowane. Wynika to jednak z faktu, że niektóre obszary wiejskie już cechowały się silną starością, a zatem pozostałe jednostki, zwłaszcza w centralnej i wschodniej części kraju (poza dużymi miastami), „doganiały” ten stan, zwłaszcza że nie mogły być zasilane – tak jak to było tradycyjnie, napływem migracyjnym, który w zasadzie się już wyczerpał. Spośród obszarów nie będących typowymi miastami, najszybciej „postarzały się” strefy podmiejskie największych aglomeracji. Wynika to z faktu, że na tych terenach procesy suburbanizacji rozpoczęły się stosunkowo najwcześniej. Starzenie się populacji ma skomplikowany charakter, a ocena jego rzeczywistych rozmiarów jest trudna, bowiem nie wiadomo dokładnie, jaka jest struktura przestrzenna i natężenie faktycznych strumieni migracyjnych. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem spodziewać się, że wskaźniki starości demograficznej dla obszarów typowo wiejskich są znacznie gorsze niż w wynikałoby to z rejestracji bieżącej ludności, gdyż znaczna część migracji jest niedoszacowana. Silny spadek poziomu urodzeń w latach 2008-2015 wpłynął w największym stopniu na zmianę przyrostu na ubytek naturalny. Przyrost naturalny utrzymał się w zasadzie jedynie w strefach podmiejskich największych miast.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/zjawisko-depopulacji-na-polskiej-wsi

https://agronomist.pl/

 

Rośliny włókniste przyszłością

 

 

 

 

 

Konopie włókniste mogą pomóc chronić klimat, a także ze względu na swoje właściwości – stanowić alternatywę dla roślin żywnościowych wykazujących słabą tolerancję na niedobór wody w glebie, w szczególności dla pszenicy i rzepaku. Na dodatek, można je wykorzystywać w każdej dziedzinie gospodarki. W Instytucie Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich powstał nawet Zespół Konopny, którego celem jest rozwój polskiego rolnictwa poprzez upowszechnienie upraw konopi przemysłowych oraz umiędzynarodowienie pozycji Polski, jako globalnego producenta i eksportera wysokiej jakości materiału siewnego polskich odmian konopi przemysłowych. Czy konopie włókniste to rozsądna alternatywa dla polskich rolników, sprawdziła Maria Sikorska, autorka telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Rośliny włókniste – alternatywa dla upraw roślin żywnościowych?

Zmiany klimatu w uprawach rolniczych dotyczą w głównej mierze wzrostu temperatur oraz niekorzystnego rozkładu opadów atmosferycznych i związanego z tym niedoboru wody w glebie. Stres suszy obserwowany jest coraz częściej w czasie zwiększonego zapotrzebowania roślin na wodę, tj. w okresie wschodów i intensywnego wzrostu.

Gatunki włókniste, stanowiące uzupełnienie lub alternatywę dla roślin żywnościowych muszą charakteryzować się mniejszą podatnością na wymienione powyżej czynniki stresowe, jak również korzystnymi właściwościami dla przemysłu spożywczego. Spośród rodzimych gatunków włóknistych warunki te spełniają konopie siewne (Cannabis sativa L.). Rośliny konopi wykazują stosunkowo wysoką odporność na deficyt wody w glebie ze względu na głęboki, palowy system korzeniowy, który osiąga znaczną długość i dociera do głęboko położonych warstw gleby, zawierających większe ilości wody. Dodatkowo, konopie są gatunkiem elastycznym pod względem terminu siewu, co stwarza możliwość wysiewu nasion w sprzyjających warunkach. Podstawowym surowcem dla przemysłu spożywczego są nasiona konopne. Tłoczony z nich olej jest doskonałym źródłem wielonienasyconych kwasów tłuszczowych z grupy omega-6 i omega-3, które występują w optymalnej proporcji 3:1. Warto podkreślić, że olej zawiera do 4% kwasu γ-linolenowego (GLA), który hamuje powstawanie prostaglandyn i łagodzi objawy towarzyszące stanom zapalnym – mówi dr Marcin Praczyk

Kierownik Zakładu Hodowli i Botaniki Roślin Użytkowych IWNiRZ-PIB.

Olej konopny wykorzystywany jest do konsumpcji bezpośredniej lub jako składnik innych artykułów spożywczych.

Z drobno zmielonych nasion konopi uzyskuje się mąkę, która jest produktem bezglutenowym, bogatym w białko, witaminy i składniki mineralne. Zawiera w swym składzie komplet niezbędnych aminokwasów. Mąka konopna z makuchu konopnego jest wartościowym substytutem mąki białej. Może być wykorzystywana niemal do wszystkich domowych wypieków. Nadaje się również do pieczenia chleba. Oprócz tego, wytwarzana jest także z nasion kawa, a z liści i kwiatów – herbata. Natomiast białko otrzymywane z tłoczenia obłuszczonych nasion konopnych, może stanowić alternatywę dla białooka sojowego – dodaje dr Praczyk.

Z uwagi na powyższe właściwości, konopie siewne mogą więc być alternatywą dla roślin żywnościowych wykazujących słabą tolerancję na niedobór wody w glebie, w szczególności dla pszenicy i rzepaku.

Konopie włókniste – rośliny, które mogą pomóc chronić klimat?

Konopie włókniste to gatunek, który zdecydowanie pomaga w ochronie naszego środowiska i to w wielu aspektach. Konopie to rośliny jednoroczne charakteryzujące się wysokim przyrostem biomasy. Ich wysokość osiąga od 1,5 do nawet 6 m – w zależności od odmiany.

Należy podkreślić, że z jednego hektara pozyskuje się jej średnio 5,5 tony biomasy konopnej, a każda jej tona zawiera około 0,7 tony celulozy (co stanowi 45% węgla), 0,22 tony hemicelulozy (48% węgla) oraz 0,06 ton ligniny (40% węgla). Wynika z tego, że każda tona konopi przemysłowych zawiera 0,445 ton węgla wchłoniętego z atmosfery (44,46% suchej masy łodygi). Według IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu), każde 12 ton węgla w biomasie roślinnej to 44 tony pochłoniętego dwutlenku węgla z atmosfery. Zatem jedna tona biomasy konopi, absorbuje około 1,63 tony dwutlenku węgla. Przy średnich plonach około 5,5 tony z hektara, uzyskuje się minimum 10 ton absorpcji CO2. Dla celów szacunkowych, używa się średniej wartości 10 ton pochłoniętego CO2 z jednego hektara konopi. Jest to ilość kilkakrotnie wyższa w porównaniu do innych upraw konwencjonalnych – wyjaśnia dr Katarzyna Wielgusz, kierownik Zakładu Agrotechniki Roślin Użytkowych, IWNiRZ-PIB.

Dzięki temu, że konopie cechują się wysoka zdolnością pochłaniania metali ciężkich z gleby i akumulowaniem ich w swoich tkankach, szczególnie w korzeniach, rośliny te mogą być wykorzystywane w fitoremediacji, czyli oczyszczaniu środowiska in situ.

Mogą być więc uprawiane, z dużą skutecznością na terenach intensywnie użytkowanych, czy pokopalnianych. Gleba, na której rosły konopie, jest nie tylko oczyszczona, ale również użyźniona, gdyż rośliny te są doskonałym przedplonem. Wykorzystanie konopi w fitoremediacji, może okazać się kluczowe w oczyszczaniu środowiska ze względu na wzrost zanieczyszczeń. Skażone konopie mogą być użyte jako roślina energetyczna, co stanowi kolejny korzystny wpływ konopi na środowisko – podkreśla dr Jolanta Batog, kierownik Zakładu Inżynierii Bioproduktów, IWNiRZ-PIB.

Konopie włókniste doskonale nadają się do produkcji paliw zielonych. Państwa członkowskie UE zostały zobowiązane do osiągnięcia określonego udziału biopaliw w transporcie oraz do podejmowania działań na rzecz redukcji emisji gazów cieplarnianych. Zgodnie z unijną Dyrektywą RED II, wkład biopaliw zaawansowanych i biogazu wyprodukowanych m.in. z surowców lignocelulozowych, jako udział w końcowym zużyciu energii w sektorze transportu, ma wynieść co najmniej – 0,2% do roku 2022, 1% do roku 2025 i 3,5% do roku 2030. Ponadto, w Krajowym Planie na rzecz Energii i Klimatu na lata 2021-2030, założono konieczność promowania biopaliw zaawansowanych, a w mapie drogowej transformacji w kierunku gospodarki o obiegu zamkniętym zauważono, że istnieje potrzeba rozwoju krajowej produkcji biopaliw na cele transportowe, które mogą być produkowane z surowców roślinnych, niewykorzystywanych bezpośrednio do produkcji żywności i pasz. Co ciekawe, Instytut Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich-PIB, opracował proces otrzymywania bioetanolu z biomasy konopnej, który może stanowić cenną pomoc dla producentów zainteresowanych produkcją biopaliw zaawansowanych w podjęciu decyzji o uruchomieniu produkcji pilotażowej.

Z pewnością wykorzystanie jednorocznych upraw konopi, jako źródło energii odnawialnej to ważny aspekt ochrony środowiska, który powinien skutkować redukcją emisji gazów cieplarnianych, a tym samym skutecznie przeciwdziałać zmianom klimatycznym. Ponadto, wykorzystanie biomasy roślinnej stwarza szansę na rozwój dla obszarów wiejskich i przyczynia się do ożywienia gospodarczego i społecznego na tych terenach. Zmniejszająca się ilość lasów stanowi olbrzymie zagrożenie dla całego środowiska. Las ma istotny wpływ na klimat, skład atmosfery, obieg wody, erozję czy stepowienie. Mając na uwadze ochronę środowiska, w tym ograniczenie zmniejszającej się powierzchni lasów, kluczowe jest szukanie alternatywnych rozwiązań, które będą sprzyjały zrównoważonemu rozwojowi i zahamują ten proces. Takim alternatywnym rozwiązaniem, które w najbliższym czasie powinno być wdrożone, jest wykorzystanie konopi do produkcji papieru. Rośliny te nadają się idealnie do tego celu – dodaje dr Jolanta Batog.

Bardzo ważne jest również to, że jak na razie, uprawa konopi włóknistych jest w pełni ekologiczna. Na plantacjach nie jest wymagane i nie stosuje się żadnych środków ochrony roślin, poczynając od fungicydów, poprzez insektycydy, kończąc na herbicydach. Na te ostatnie, konopie są wyjątkowo wrażliwe. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że konopie są rośliną bezodpadową. Właściwie każdą ich część można wykorzystać do różnorodnych celów. Wpisują się więc idealnie w tak ważną dla środowiska biogospodarkę.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/rosliny-wlokniste-przyszloscia

https://agronomist.pl/

Liderka Justyna Lema-Rumińska

 

 

 

 

 

Prof. Justyna Lema-Rumińska z Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy, opracowała najbardziej wydajną na świecie metodę klonowania jeżówki purpurowej. To osiągnięcie pozwala na szybkie wyprodukowanie biomasy – niezależnie od pory roku. O wyzwaniach stojących przed biotechnologami oraz o biologii eksperymentalnej roślin, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Opracowała Pani najbardziej wydajną na świecie metodę klonowania jeżówki purpurowej, kuzynki rodzimego słonecznika i astrów. Na czym polega ta metoda?

– Metoda ta, zwana embriogenezą somatyczną, polega na regeneracji zarodków somatycznych, które powstają z komórek somatycznych liści. W dalszym etapie z zarodków, rozwijają się ulistnione pędy, które można zaaklimatyzować do warunków in vivo i dalej uprawiać je poza „szkłem”. Bardzo dużą zaletą tej metody jest jej wydajność, gdyż z malutkiego fragmentu liścia (o powierzchni około 1 cm2) można uzyskać, dzięki tej metodzie, nawet 200 zarodków somatycznych, z których dalej rozwiną się całkowite rośliny. To olbrzymi potencjał, który można wykorzystać zarówno do produkcji laboratoryjnej roślin, ale także w hodowli nowych odmian na etapie regeneracji ze zmienionych komórek somatycznych.

Jak ta metoda wygląda w praktyce?

– W praktyce – musimy pobrać tkanki liścia. Możemy wybrać liście roślin rosnące w warunkach in vivo (szklarni, ogrodzie lub na polu), ale wtedy musimy poddać je procesowi sterylizacji, czyli ‘unicestwić’ wszystkie mikroorganizmy (zarówno bakterie jak i jednokomórkowe grzyby) bytujące na powierzchni eksplantatów. Drugą możliwością jest pobranie sterylnych tkanek z kultur in vitro. Z takich sterylnych eksplantatów, wycina się prostokąty o boku około 1 cm i inokuluje się je na specjalnie do tego celu opracowaną pożywkę. Oczywiście, wszystko odbywa się w warunkach całkowicie sterylnych. Skład tej pożywki jest zgłoszony jako patent zarówno do Urzędu Patentowego RP, jak i Europejskiego Urzędu Patentowego, więc nie mogę go ujawnić…

Ile lat trwały prace nad tą metodą?

– Prace nad tą metodą trwały około 5 lat. W tym czasie, pomagało mi wielu moich studentów, którzy wykonywali pod moją opieką prace dyplomowe. Najbardziej żmudne jest liczenie zregenerowanych zarodków pod mikroskopem.

Dlaczego postanowiliście Państwo sklonować akurat kuzynkę słonecznika i astrów?

– Ta roślina ma wiele walorów… Jest nie tylko rośliną ozdobną, która cieszy nas w ogrodach i na rabatach swoim urokiem okazałych kwiatostanów, ale jest to także roślina o właściwościach leczniczych. Działa stymulującą na ludzki układ odpornościowy, a więc jest bardzo przydatna w walce z różnymi infekcjami wirusowymi, jak grypa czy wirus HIV, ale nie tylko. Całkiem niedawno, naukowcy udowodnili jej właściwości przeciwnowotworowe, a więc wachlarz cech, które mogą być przydatne człowiekowi się rozszerza… Dotychczasowe metody rozmnażania tej rośliny są mało wydajne. Jest ona rozmnażana głównie poprzez nasiona, a rośliny tak rozmnażane, często nie zakwitają w pierwszym roku uprawy. Ponadto, produkcja roślin na polu obarczona jest stosowaniem środków ochrony roślin, a produkt końcowy wymaga dodatkowo oczyszczenia. Propozycja klonowania jeżówki drogą embriogenezy somatycznej, oprócz ogromnej wydajności, niesie za sobą wyższą jakość roślin produkowanych w sterylnych warunkach laboratoryjnych. Taki materiał nie wymaga już oczyszczania, gdyż jest sterylny, nie ma ponadto ograniczeń związanych z sezonowością, w laboratorium możemy produkować rośliny przez cały rok, a więc uniezależniamy się od pór roku czy suszy występującej na polu…

Embriogeneza nie jest to nowa metoda. Sięgano po nią na przełomie lat 50. i 60. ub. w. Jednak teraz pojawia się mnóstwo aplikacji do poszczególnych gatunków. To metoda nieopłacalna w przypadku warzywa. W przypadku roślin ozdobnych, w tym drzew, dodatkowe wydatki z nią związane są uzasadnione. Dlaczego?

– W biologii eksperymentalnej roślin, czas ma znaczenie. Rzadko od razu uzyskuje się sukcesy, częściej trzeba na ten sukces ciężko zapracować… Podam taki przykład: Już w 1839 roku, naukowcy Schleiden i Schwann stwierdzili, że organizmy składają się z komórek i ogłosili totipotencję komórek roślinnych, czyli możliwość zregenerowania z jednej komórki całej rośliny. Ale w praktyce, udało się to dopiero w 1954 roku badaczowi o nazwisku Muir – jako pierwszy zregenerował on roślinę marchwi z tylko jednej komórki! A więc musiało upłynąć aż 115 lat, żeby osiągnąć ten cel!!! Jeśli chodzi o warzywa, to największą nadzieję na zastosowanie mikrorozmnażania u warzyw, budzi właśnie embriogeneza somatyczna. To ta metoda daje możliwość obniżenie kosztów produkcji in vitro – poprzez wprowadzenie systemów automatycznych, w tym bioreaktorów. U roślin ozdobnych, a szczególnie drzew, cena jednostkowa jest stosukowo wysoka, dlatego metody in vitro są dla nich opłacalne. Poza tym, drzewa potrzebują długiego czasu od posadzenia do wydania nasion (np. u świerku jest to około 30 lat). Czas ten można skrócić poprzez zastosowanie metod mikrorozmnażania, szczególnie embriogenezy somatycznej.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/klony-w-ogrodzie-czyli-biologia-eksperymentalna-roslin

https://agronomist.pl/

Liderka Monika Czupińska

 

 

 

 

 

W czerwcu czarują swoim zapachem i magią kolorów. Piwonie to królowe tradycyjnych wiejskich ogrodów, choć mają arystokratyczne korzenie – pochodzą z kontynentu euroazjatyckiego. W Chinach i Japonii, uchodzą za symbol szczęścia i dostatku. Radość od wielu lat przynoszą również w polskich ogrodach. Te najstarsze odmiany ozdobnych roślin uprawnych tak zauroczyły rolniczkę z Dolnego Śląska – Monikę Czupińską, że stworzyła największa prywatną kolekcję tych kwiatów w Polsce.

Monika Czupińska stworzyła w Miękini w województwie dolnośląskim prawdziwy piwoniowy raj – olbrzymią kolekcję tych kwiatów, która z pewnością nie ma swojego odpowiednika w Polsce. Razem z mężem Adamem, prowadzą gospodarstwo rolne specjalizujące się w produkcji pszenicy i rzepaku. Podkreśla, że gdyby ktoś im kiedyś powiedział, że założą wyjątkową szkółkę – nie uwierzyłaby. Życie pisze jednak różne scenariusze. Piwoniowa pasja wyznaczyła im kwiatowy, pachnący szlak. Zresztą, zaangażowali się w propagowanie piwonii całą rodziną. Córka gospodarzy – Julka – z przyjemnością pielęgnuje kwiaty, a jej dwóch starszych braci pomaga przy rozwoju szkółki.

Najpierw kolekcjonowaliśmy piwonie dla własnej przyjemności. Wszystko zaczęło się od zakupu jednej rośliny, a potem następnej i następnej… aż zrobiła się całkiem pokaźna przydomowa kolekcja. Zaczęliśmy sprowadzać piwonie od europejskich hodowców, na aukcjach, wystawach. Właściwie nie wiem kiedy to się stało, ale powstała u nas szkółka wielkości trzech hektarów, dwa pola i cały czas się powiększa. Kolekcja prywatna rozrosła się do ponad 700 odmian, a szkółkowa ponad 400 skrupulatnie nazwanych i rozpoznanych. Specjalizujemy się tylko i wyłącznie w uprawie piwonii (hodowla i rozmnażanie). Stawiamy na jakość i rozmiar – nie na ilość. Pracy przy tym naprawdę sporo, ale za to jakie widoki, jaka przyjemność – opowiada Monika Czupińska.

Piwonie to rośliny wieloletnie, należące do najstarszych odmian ozdobnych roślin uprawnych. Nie bez przyczyny urzekają swoim czarem, kulistymi pąkami, słodkim zapachem, zwiewnością i delikatnością. To jedne z najpiękniejszych wiosenno-letnich kwiatów. Większość przedstawicieli tego rodzaju, to byliny, są również nieduże krzewy. Kolekcję państwa Czupińskich odwiedza wiele osób, które wpadają w piwoniowy zachwyt.

Każdy, kto tu przyjedzie mówi właściwie to samo: jestem zaskoczony! Nikt nie spodziewa się, że jest tyle odmian piwonii. Pamiętam, że raz przyjechała tutaj stewardessa i stwierdziła: Byłam w wielu miejscach na świecie, ale czegoś takiego to nawet w Chinach nie widziałam! Piwonie dają piorunujący efekt. Można się w nich zakochać do szaleństwa. Możemy je sadzić w ogrodzie na honorowym miejscu, ale także wkomponować w rabatę bylinową, stworzyć piwoniowe grupy – dodaje Monika Czupińska.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/rolniczka-z-najwieksza-kolekcja-piwonii

https://agronomist.pl/

Liderka Joanna Chrobot-Pabis

 

 

 

 

 

Z zawodu jest pielęgniarką, życie jednak pokazało, że poza opieką nad pacjentami, satysfakcję przynosi jej również pielęgnacja winorośli. Joanna Chrobot-Pabis wraz z mężem, z powodzeniem prowadzą winnicę w województwie świętokrzyskim. Jako jedyni w tym regionie, produkują wino tak zwane „Amarone”, wytworzone metodą appasimento – ze 100% podsuszanych winogron, za które otrzymali złoty medal w międzynarodowym konkursie winiarskim. O życiu na winnym szlaku, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Dlaczego zdecydowała się Pani na winny biznes?

– Jestem osobą bardzo upartą, dążącą do celu. A posiadanie winnicy, zajmowanie się winoroślami, zawsze było w sferze moich marzeń. Nie wyobrażam sobie robić niczego innego, bo to moje miejsce na ziemi, z którym jestem bardzo związana – od urodzenia. Tu miałam dziadków, teraz mam wspaniałych rodziców, którzy bardzo mi kibicują i pomagają – za co będę wdzięczna do końca życia. Nie byłoby tej winnicy również bez ciężkiej pracy i wiedzy męża – Wojciecha, który skończył szkołę winiarską w Jaśle i który jest równie zaangażowany, jak również jedynego jakiego mamy pracownika Piotra, który jest z nami od samego początku i który stał się już bliskim członkiem naszej winiarskiej rodziny. Tak naprawdę, winnicę i klimat w niej tworzą goście, turyści, których jest coraz więcej. Ja na swojej drodze spotykam naprawdę samych dobrych ludzi i dlatego mam motywację do dalszego działania.

Jaka jest historia Państwa winnicy?

– Nasza winnica położona jest w malowniczej miejscowości Milanowska Wólka, u podnóża Świętego Krzyża, gdzie Benedyktyni w początkach chrześcijaństwa, z nadania królewskiego, założyli najstarsze dziś Sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego, którego obecnie gospodarzami są Misjonarze Oblaci Marii Niepokalanej. Winnica znajduje się pomiędzy lasami Puszczy Jodłowej z jednej, a lasami Kobylej Góry z drugiej strony, w urokliwej kotlinie, którą przecina górski potok – Rzeka Młyńska, wypływająca ze skał Łysej Góry. Panuje tu osobliwy i leczniczy klimat, toteż w okresie dynamicznego rozwoju lat siedemdziesiątych, ruszyły tu przygotowania do stworzenia regionu uzdrowiskowego z dużym zbiornikiem wodnym i wieloma ośrodkami uzdrowiskowymi. Zimą najdłużej zalega tu śnieg, a wiosną i latem, najpiękniej kwitną kwiaty i drzewa. To właśnie tutaj nasi przodkowie 2000 lat temu wytapiali żelazo metodą pieców dymarkowych. Do dzisiaj, ziemia odsłania pozostałości żużlowych spieków z ówczesnych pieców. Do okresu międzywojennego, ziemia ta należała do rodziny państwa Reklewskich. Po spaleniu dworu, na obecnej parceli winnicy, ówcześni właściciele zbudowali nowy dwór w pobliskim Jeleniowie. Moi dziadkowie: Zofia i Stanisław Chrobot nabyli tę posiadłość od pani Marii Dziurskiej z Daleszyc, przedwojennej dziedziczki znacznych posiadłości na Pomorzu Gdańskim i na Kieleczczyźnie. Uprawiali oni warzywa, truskawki, porzeczki, maliny, nasienne buraki i koniczyny oraz rzepak. Moi rodzice – Barbara i Jarosław Chrobot, kontynuowali tradycję upraw i przez okres mojej młodości, rozwinęli hodowlę koni. Jest to ciekawy region z mnóstwem turystycznych szlaków i atrakcji oraz miejsc noclegowych. Parcela winnicy, opadająca ku potokowi, dająca piękny południowy skłon, w 2008 roku przeszła w moje posiadanie – trzeciego pokolenia. Naturalnie uprawiana ziemia, krystaliczna woda spod Świętego Krzyża, nasłonecznienie i wyjątkowy mikroklimat oraz wielka pasja, przesądziły o powstaniu ekologicznej winnicy.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/joanna-od-winorosli

https://agronomist.pl/

Boom na agroturystykę!

 

 

 

 

 

Zamiast city break, mamy agro break! Moda na wiejski model spędzania wolnego czasu przybiera na sile. Według szacunków, 80% gospodarstw agroturystycznych ma już zajęte miejsca do końca września. Pandemia sprawiła, że wielu turystów zamiast na zagranicznych wojażach, woli wypoczywać właśnie na polskiej wsi. Oddalenie od miejskiego zgiełku, przestrzeń, dają szansę na wypoczynek z bliskimi, bez ścisku i tłoku, na terenie całego kraju. Nie można się więc dziwić, że daje to poczucie bezpieczeństwa. A to – w dobie COVID-19, jest bezcenne.

W górach, nad morzem, jeziorem, czy pośród pól i lasów. Najwięcej gospodarstw agroturystycznych w Polsce jest w województwie małopolskim, podkarpackim i warmińsko-mazurskim. Pandemia sprawiła, że oblężenie przeżywa większość agroturystyk z wszystkich regionów kraju. Takiej sytuacji jeszcze nie było. COVID-19 zmienia turystyczne trendy i zapotrzebowanie.

W tym roku zdarzało się niejednokrotnie, że ktoś przyjeżdżał do nas najpierw na weekend, a potem wracał na miesiąc, dwa, trzy. Wieś daje poczucie bezpieczeństwa, możliwość unikania tłumu, wypoczynku nie tylko z dala od zgiełku miasta, ale także zagrożeń. Coraz więcej ludzi właśnie to docenia. Odczuwamy to oczywiście po rezerwacjach miejsc. W tym momencie, nie mamy już praktycznie jak przyjąć nowych gości, choć oczywiście byśmy chcieli. Rezerwacje są do końca wakacji, a nawet przekraczają wrzesień – czyste szaleństwo! Nie możemy co prawda mieć – zgodnie z przepisami, zajętych wszystkich kwater – dla bezpieczeństwa, ale i tak jest u nas naprawdę sporo gości – opowiada Arkadiusz Pstrong z Toskanii Kociewskiej na Kujawach i Pomorzu..

Właściciele gospodarstw agroturystycznych podczas lockdownu nie mogli przyjmować gości, dlatego cieszą się z możliwości funkcjonowania i obecnego oblężenia. Jednak, by gościć turystów, w czasie pandemii, poza dbałością o to, by ich oferta była atrakcyjna, muszą w sposób szczególny zadbać o bezpieczeństwo letników i dostosować funkcjonowanie prowadzonej działalności do wymogów związanych z epidemią COVID-19. Pomieszczenia muszą być często wietrzone, dezynfekowane, wszędzie muszą być również zapewnione środki do dezynfekcji.

W reżimie sanitarnym, narzuconym przez epidemię koronawirusa, gospodarstwa agroturystyczne muszą umiejętnie pogodzić gwarancję komfortu wypoczynku gości z wymogami sanitarnymi określonymi w wytycznych Głównego Inspektora Sanitarnego dla funkcjonowania turystyki wiejskiej, w tym agroturystyki, w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce. Działania te są konieczne, by zapewnić bezpieczeństwo i ochronę zdrowia gościom, klientom gospodarstw oraz zapewnić bezpieczeństwo zdrowotne osobom prowadzącym takie obiekty – opowiada Wiesław Czerniec, prezes Zarządu Polskiej Federacji Turystyki Wiejskiej „Gospodarstwa Gościnne”.

W dobie COVID-19, bezpieczeństwo sanitarne i higiena w gospodarstwie, nabierają szczególnego znaczenia, a to związane jest z koniecznością podejmowania konkretnych form zabezpieczeń. Jeśli w gospodarstwie agroturystycznym przygotowane są posiłki dla gości, należy przestrzegać wymogów związanych z bezpieczeństwem żywności i żywienia, które w czasach pandemii są jeszcze bardziej rygorystyczne.

W czasie pandemii, goście mają podawane posiłki do pokoi lub na przykład spożywają je na zadaszonym tarasie. Jeśli w gospodarstwie agroturystycznym znajduje się np. jedna rodzina w niewielkiej jadalni, wtedy może ona zjeść tam posiłek. Jeżeli jadalnia jest spora, wtedy stoły muszą być ustawione w odpowiedniej odległości. Liczba osób w jednym pomieszczeniu jest ograniczona. Podczas pandemii w gospodarstwach agroturystycznych nie ma możliwości serwowania żywności w formie bufetu szwedzkiego – opowiada Izabella Byszewska z Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego.

Jeśli chodzi o wyżywienie, pandemia ujawniła też nowy trend wśród turystów.

Turyści poszukują teraz żywności lokalnej z historią, gdzie mogą poznać drogę produktu od pola do stołu. W cenie są również produkty z certyfikatami – na przykład ekologiczne – wskazuje Izabella Byszewska.

Chcesz przeczytać cały artykuł:

https://agronomist.pl/artykuly/boom-na-agroturystyke

https://agronomist.pl/

Liderka Agnieszka Wierzbicka-Baxter

 

 

 

 

 

By docenić potencjał gminy Szydłów – śliwkowego zagłębia Polski, gdzie się urodziła, musiała odbyć wiele podróży po świecie i zamieszkać aż na Jamajce. Po latach, wróciła do Polski na wakacje i już pozostała w kraju. O rozwijaniu krajowej stolicy śliwki i marki śliwki szydłowskiej, Agnieszka Wierzbicka-Baxter opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Można powiedzieć, że wychowywała się Pani w sadzie?

-Tak, można tak powiedzieć. Odkąd pamiętam, razem z moimi braćmi, pomagaliśmy rodzicom w pracach w sadzie. Głównie znajdowały się tam śliwy, których owoce suszyło się w suszarniach. Suszone były bardzie opłacalne niż świeże. Dzisiaj sprzedaje się więcej świeżych deserowych odmian. Pamiętam, że największym rarytasem, były ziemniaki pieczone w palenisku suszarni i garus ze śliwek na obiad. Wszystkie ręce w domu zajęte były zbieraniem i suszeniem owoców. Suszarnie trzeba przebierać kilka razy dziennie, starannie wybierając już ususzone owoce. Praktycznie, suszarnie rozpalamy w Szydłowie w lipcu, a gasimy w październiku. Nad miasteczkiem w sezonie zbiorów unosi się charakterystyczny zapach suszonych śliwek i wszędzie widać unoszący się w powietrzu suszarniany dym.

Jakie ma Pani skojarzenia ze śliwką z dzieciństwa?

– Śliwka mojego dzieciństwa to przepyszna okrągła, wielokolorowa – od żółci, pomarańczy, purpury, czerwieni po fiolet i granat, mięciutka śliwka odmiany Opal. Drzewa opalowe rosły w sadzie u mojego dziadka Józefa. Najlepsze były te, które spadły z drzewa – najbardziej dojrzałe, słodkie i pełne słońca. W sezonie, razem z innymi dziećmi, zajadaliśmy się nimi kilka razy dziennie. Do dziś pamiętam ten wyjątkowy smak, a ostatnio nawet zasadziłam takie drzewko w przydomowym ogródku. Odmiana Opal jest już u nas mniej popularna, ale na przykład w Holandii jest wciąż jedną z szeroko uprawianych, ponieważ Holendrzy uwielbiają jej smak. Doskonale ich rozumiem.

Można powiedzieć, że Pani życie zatoczyło koło. Postanowiła Pani ułożyć sobie życie poza Szydłowem, ale okazało się jednak, że ścieżki życia przyprowadziły Panią w to miejsce… jak to się stało?

– Myślę, że życie samo pisze nam scenariusz. Skończyłam studia w Krakowie i wiedziałam, że aby wystartować zawodowo, potrzebuję większej dynamiki otoczenia, dlatego przeniosłam się do Warszawy. Swoje pierwsze kroki zawodowe stawiałam w agencji reklamowej, następnie w międzynarodowym wydawnictwie prasowym, pracując z największymi firmami w Polsce, z dużymi budżetami. To była bardzo wymagająca praca, ale dawała mnóstwo satysfakcji. Każdego dnia rodziły się nowe pomysły, nowe projekty, zapraszaliśmy do współpracy duże marki. To było bardzo ważne doświadczenie, które ukształtowało moje marketingowe patrzenie na świat. Mój mąż jest obcokrajowcem. Kilka lat temu, razem z rodziną, przenieśliśmy się na Jamajkę, gdzie pracował małżonek. Kraj ten żyje z turystyki, a ja miałam szansę obserwować ten sektor od środka, poznając wielu ludzi z różnych turystycznych biznesów. Lataliśmy też często na Florydę, między innymi do Orlando i Disneylandu. Produkty turystyczne są tam dopracowane do perfekcji, ponieważ klientela to w większości wymagający amerykańscy goście. Do Szydłowa przyjechałam na wakacje z gorących turystycznych Karaibów. W lipcu i sierpniu, z powodu wysokich temperatur i wysokiej wilgotności, trudno tam wytrzymać. Zobaczyłam wtedy mój rodzinny Szydłów innymi oczami. Po dłuższej nieobecności, trafiłam na pusty szydłowski rynek i natychmiast włączył się mój zmysł analityczny. W kontekście ostatnich doświadczeń, zobaczyłam niesamowite bogactwo Szydłowa, jego wyjątkowe dziedzictwo historyczne, położone pośród pagórkowatych hektarów ze śliwkowym bogactwem naturalnym. Nie wierzyłam, że nikt tu z tym nic nie robi. Stanęłam na wzgórzu, z którego widać było piękną panoramę miasteczka. Przy drodze stała tabliczka „sprzedam”. Kilka dni później byłam jego właścicielką i tak zaczęła się moja ponowna szydłowska przygoda.

Czyli podróże, przeżycia, zawodowe doświadczenia, pozwoliły Pani inaczej spojrzeć na skarb, który od dzieciństwa miała Pani przed oczami?

– Zdecydowanie tak! Z perspektywy czasu to wszystko wydaje się dobrze „zaplanowane” przez los. Myślę, że Szydłów nie zainteresowałby mnie, gdybym cały czas mieszkała w Warszawie. Podróże kształcą i dają nam inną perspektywę myślenia. Moje wcześniejsze doświadczenia zawodowe i obcowanie ze znanymi markami, na pewno wpłynęło na powstanie Szydłowianki – Śliwki w Czekoladzie, a następnie ugruntowanie pozycji Śliwki Szydłowskiej. To znakomite uczucie, kiedy wprowadza się na rynek własny produkt i zleca kampanie reklamowe jako klient. Pracując po stronie mediów, przez lata było to moim marzeniem. Mogę powiedzieć, że marzenia się spełniają. Cieszę się, że zainwestowałam swój czas i doświadczenie w produkt lokalny, który staje się coraz bardziej znany. Jako lokalna patriotka, czuję duża satysfakcję z tego powodu.

Cudze chwalicie, swego nie znacie. Polska słynie w świecie ze śliwek tak jak Kalifornia? Dlaczego gmina Szydłów to owocowe zagłębie?

– Można powiedzieć, że Szydłów to taka polska Kalifornia. Produkuje się tutaj bowiem, około 20% wszystkich śliwek w Polsce, na ponad 2000 hektarów sadów. Mamy tu 45 odmian, które owocują od połowy lipca do połowy października. Znakomite warunki klimatyczno-glebowe, kilkusetletnie know-how przekazywane z pokolenia na pokolenie oraz ciężka praca i zaangażowanie sadowników, pozwala produkować w Szydłowie smaczne owoce najwyższej jakości, doceniane przez konsumentów. Polska nie jest jeszcze bardzo znana w świecie jako producent śliwek. W Europie bardziej znana jest Francja czy Serbia, na świecie Kalifornia, czy Chile. Jednak, sądząc po zainteresowaniu klientów zagranicznych naszymi śliwkami, myślę, że sytuacja ta w najbliższych latach się zmieni, tym bardziej, że wytwarzamy tu Śliwkę Szydłowską, suszoną metodą tradycyjną, co jest unikalne w skali Europy.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/agnieszka-ze-sliwkowej-doliny

https://agronomist.pl/