Moc kobiet wiejskich

 

 

 

 

 

Wieś to wspólny mianownik. To nasze miejsce do życia, kochania, pracy, realizacji marzeń i pasji. Tu się urodziłyśmy, nie wyobrażamy sobie życia gdzie indziej. Łączą nas doświadczenia, wielofunkcyjność i wielozadaniowość, a także chęć działania – na rzecz innych i dla siebie samych. O tym, jak blisko 150 kobiet działa niemal od 15 lat w Stowarzyszeniu Kobiet Wiejskich Gminy Inowrocław, opowiedziała Marii Sikorskiej jego prezeska i założycielka – Beata Szafrańska.

Jak to się stało, że powstało Stowarzyszeni Kobiet Wiejskich Gminy Inowrocław?

– W 2007 roku zrodził się pomysł, aby powołać je do życia. Zachęciła nas do tego oczywiście kobieta – ówczesna pani wice wójt Teresa Kwiatkowska. Przekonywała, że dzięki wspólnemu działaniu w stowarzyszeniu, będziemy mogły m.in. zdziałać więcej, pozyskiwać środki finansowe z różnych źródeł, brać udział w konkursach. W latach 70. w gminie Inowrocław było 46 Kół Gospodyń Wiejskich, które wspólnie działały. Można więc powiedzieć, że stałyśmy się swoistymi kontynuatorkami ich misji. W przyszłym roku będziemy obchodzić 15-lecie naszej wspólnej działalności. Uważam, że to właśnie kobiety scalają mieszkańców wsi. Poprzez swoją chęć działania, serdeczność, pomysły, kontakty, bezinteresowny wkład pracy oraz wspólną organizację różnych wydarzeń.

Łączy Was ta misja?

– Mamy jeden wspólny cel – ożywić życie na wsi, pobudzić mieszkańców do działania, a przy tym spełniać własne oczekiwania, zrobić coś dla innych i jednocześnie dla siebie.

Co się zmieniło, odkąd zaczęłyście wspólnie działać?

– Na przykładzie swoim i moich koleżanek, mogę powiedzieć, że zmieniłyśmy się bardzo, ale to bardzo mocno! Poza działalnością lokalną, wyjeżdżamy częściej niż kiedyś, mamy więcej spotkań. Jesteśmy bardziej otwarte, odważne. Potrafimy walczyć o swoje prawa. Nauczyłyśmy się wielu nowych rzeczy. Poznałyśmy inne kultury. Poznałyśmy piękno naszego kraju i Europy. Dotknęłyśmy historii, poznałyśmy bardzo wielu ciekawych ludzi. Nauczyłyśmy się ze sobą przebywać i bardzo się polubiłyśmy.

Jak kultywujecie tradycję?

– Naszą misją jest zdjęcie kurzu z dawnych obrzędów, tradycji. Dbamy o to, by o dawnej wsi nie zapomniano. Przekazujemy naszą wiedzę, wspomnienia, zasłyszane od naszych babć i prababć opowieści – szczególnie młodzieży, dzieciom. To przecież właśnie to pokolenie będzie kolejnym łącznikiem przeszłości z teraźniejszością. Prowadzimy działania na rzecz lokalnej społeczności, organizujemy warsztaty rękodzieła, wystawy, Jarmark Kujawski oraz akcje kulturalne, rekreacyjne i towarzyskie. Promujemy i pielęgnujemy tradycję regionalną. Organizowałyśmy wielokrotnie pokaz kiszenia kapusty w beczkach. Odtwarzałyśmy także, jak to dawniej skubało się pierze. Kultywujemy również tradycje świąteczne i przekazujemy dawne przepisy kulinarne. W świetlicach wiejskich pieczemy pączki, chrusty, pierniki. Przypominamy też o ważnych dla mieszkańców wsi datach. Przykładowo, z okazji Święta Matki Boskiej Zielnej, organizujemy konkurs na najpiękniejszy bukiet. Razem z sołectwem organizujemy dożynki. Bierzemy udział w gminnych i powiatowych imprezach. Uczestniczyłyśmy m.in. Festynie Wielkanocnym w Inowrocławiu, w Pikniku Napoleońskim w Bydgoszczy, w imprezie Otwarte mosty w Toruniu. W Koronowie na Impresjach serwowałyśmy potrawy ze stołów europejskich: gęsie szyje oraz gulasz węgierski i sałatkę ziemniaczaną. W 2016 roku roku, na Wigilię na inowrocławskim rynku przygotowałyśmy 1300 porcji zupy grzybowej. Słyniemy z różnych regionalnych rarytasów – naszą chlubą są m.in. żeberka babci Heli, zupa szczawiowa, a także zupa z dyni. Serwujemy również często potrawy z gęsiną w roli głównej, bo jak wiadomo gęsi w województwie kujawsko-pomorskim nie brakuje.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/moc-kobiet-wiejskich

https://agronomist.pl/

 

Liderka Maria Sikorska

 

 

 

 

 

Osiągają sukcesy w gospodarstwach, rozwijają własne agrobiznesy, z pasją tworzą wioski tematyczne i niepowtarzalne produkty. Realizują aspiracje, cele zawodowe i edukacyjne, a przy tym aktywizują i integrują mieszkańców wsi. Jakie są współczesne kobiety wiejskie, Annie Czasak opowiedziała Maria Sikorska, założycielka Stowarzyszenia Liderki Innowacji i dziennikarka telewizyjna.

Jakie są współczesne kobiety z terenów wiejskich?

– Tak jak wieś uległa transformacji, tak zmieniły się kobiety z terenów wiejskich. Stały się bardziej zauważalne, mocniej akcentując przy tym swoją obecność. Mówię na nie trendsetterki. Nowym wyłaniającym się silnie trendem jest fakt, że stanowią one inspirację dla kobiet z wielkich aglomeracji. Dawniej to mieszkanki wsi obserwowały „miastowe”, chciały je naśladować.Teraz nastała moda na produkty regionalne i lokalne, ludowość, hand made, samowystarczalność, piękne miejsca i ogrody. Widać chęć powrotu do korzeni, małych ojczyzn. Łączy się to z pewnością ze zwrotem ku terenom wiejskim, dążeniem do bycia bliżej natury, z coraz większym zamiłowaniem do sielskich klimatów. Widać to choćby po migracji mieszkańców miast na wieś. Przechodząc już do konkretów o kobietach z terenów wiejskich, to nie tylko żony rolników czy panie z kół gospodyń. To także sołtyski czy panie wójt, bo coraz więcej kobiet działa w samorządzie. Stają się współczesnymi menadżerkami swoich wsi czy całych gmin. To również liderki lokalnych grup działania, założycielki wiosek tematycznych. Są wśród nich także kobiety z miast, które przeprowadzają się na wieś i wprowadzają nowe tchnienie na tereny wiejskie. Z perspektywy kogoś z boku (choć z boku są tylko na początku), zauważają potencjał danego miejsca, pomagają ożyć zaspanym miejscowościom. Wieś to oczywiście także rolniczki. Na czele 30% gospodarstw rolnych w Polsce stoją kobiety. Wiele z nich nie boi się wyzwań i wprowadza różne innowacje w gospodarstwach, co zostało już wielokrotnie zauważone na świecie. Przykładów jest sporo, zresztą popartych zaszczytnym tytułem „Innowacyjna Rolniczka Unii Europejskiej” przyznawanym przez Komisję Europejską. Otrzymały go m.in. Magdalena Węgiel i Agnieszka Sendor – mama i córka, które niespodziewanie dla siebie, stały się naturalnym przedłużeniem historii pstrąga potokowego w Ojcowskim Parku Narodowym. Z sukcesem udało się im przywrócić świetność hodowli naturalnego mieszkańca Jury i rzeki Prądnik, a także stworzyć wspaniałe miejsce do wypoczynku i doznań kulinarnych. Inną nagradzaną na arenie światowej innowatorką jest na przykład dr Barbara Baj-Wójtowicz, która nie tylko jest rolniczką, ale także światowej klasy naukowcem wykładającym na Uniwersytecie w Oxfrodzie promującym agroleśnictwo, okrzyknięte przez ONZ najważniejszą innowacją dla rolnictwa na najbliższe lata i założycielką jedynej na całym świecie plantacji agroleśnej z maliną moroszką w województwie lubelskim. Na terenach wiejskich działa również sporo pań w sektorze agro. Najwięcej w województwach: kujawsko-pomorskim, wielkopolskim i mazowieckim. Wprowadzają one również ciekawe rozwiązania, które przyczyniają się do dynamicznego rozwoju sektora rolnego.

A jak w ciągu ostatnich lat zmieniła się sytuacja kobiet wiejskich?

– Myślę, że warto tu przywołać wyniki raportu o sytuacji kobiet z terenów wiejskich, który został przygotowany przez Martin&Jacob na zlecenie Banku BNP Paribas. Kobiety związane z rolnictwem są zadowolone z życia na polskiej wsi, w większości chcą tam pozostać, rozwijać się zawodowo i kształcić. Największa grupa usatysfakcjonowanych, to kobiety młode, poniżej 30 roku życia (84%). W życiu na wsi najbardziej cenią spokój (87%) i bezpieczeństwo (73%). Aż 85% kobiet związanych z rolnictwem zamierza w nim pozostać chcąc się rozwijać i zwiększać aktywność biznesową. Większość badanych (64%) chciałoby poszerzać swoją wiedzę i zdobywać nowe kompetencje deklarując chęć ukończenia różnego rodzaju kursów i szkoleń. 8% badanych myśli o zdobyciu doktoratu (13% w grupie kobiet poniżej 30 roku życia), a 7% chce ukończyć studia dyplomowe (12% w grupie kobiet poniżej 30 roku życia). Z wiekiem kobiety coraz bardziej doceniają wygodę życia na wsi (60% badanych powyżej 40 roku życia twierdzi, że na wsi żyje się wygodniej niż w mieście). Z badania wynika również, że współczesne kobiety zaangażowane w prowadzenie przedsiębiorstw rolnych postrzegają siebie jako niezależne, zaradne i nowoczesne. Gotowość do podjęcia pracy poza rolnictwem świadczy o ich elastyczności. Wyniki te mówią same za siebie. Kobiety z terenów wiejskich nabrały mocy, coraz lepiej czują się w innych niż rodzinne rolach. Kształcą się, podróżują, wyszły ze sfery domowej. To widać. Przede wszystkim, według mnie – po mistrzowsku łączą przeszłość z teraźniejszością, wiele funkcji życiowych i swój czas. To mistrzynie kreatywności, aktywizujące i scalające małe społeczności. Otwierają przy tym jednocześnie wieś na świat.

Kobiety z terenów wiejskich wciąż jednak muszą walczyć ze stereotypami.

– Rzeczywiście, trzeba odczarowywać wizerunek kobiet z terenów wiejskich. Ich działalność nie skupia się tylko wokół stołu, choć ich piecza nad kultywowaniem tradycji kulinarnych jest bezcenna. Są strażniczkami tradycji, ale w nowoczesnym wydaniu. Interaktywne, pokazują swoją działalność również w sieci, promują dziedzictwo regionalne i kulturowe poza granicami kraju, są wielobarwne i niesamowicie aktywne. Spójrzmy choćby na koronczarki z Koniakowa. Misterne cuda z niewielkiej wsi w Beskidzie Śląskim nadal wzbudzają ogromne zainteresowanie i nie schodzą z tabloidów. Rekord Guinessa w tworzeniu największej koronki świata, a nawet wielkie heklowanie dla jednej z największych projektantek świata z Tokio. Koronczarki kultywują tradycję z takim przytupem, że trudno za nimi nadążyć. Są nie tylko wizytówką gminy Istebna, ale także Polski. Kontynuując temat stereotypów, pokutuje również przekonanie, że rolniczka to żona rolnika. A przecież co czwarta rolniczka w Polsce prowadzi własne gospodarstwo o powierzchni większej niż 100 hektarów. Jeśli chodzi o sytuację kobiet na wsi, to jest dobrze, ale mogłoby być jeszcze lepiej. Panie z terenów wiejskich, w tym w szczególności rolniczki, muszą walczyć nie tylko ze stereotypami. Jak wynika z danych Komisji ONZ ds. Wyżywienia i Rolnictwa, jest sporo nierówności w procesie pozyskiwania dostępu do szkoleń i wsparcia niezbędnych w produkcji rolnej. Są również przypadki marginalizowania i niedoceniania roli kobiet, wykluczania ich z podejmowania istotnych decyzji. Gdyby kobiety miały dostęp do takiego samego zaplecza co mężczyźni, to – według wyliczeń członków Komisji – uzyskiwane przez nie efekty pracy zwiększyłyby się nawet o 30 proc., co z kolei mogłoby się przyczynić do eliminacji głodu wśród 100–150 milionów ludzi na świecie.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/kobiece-oblicze-wsi

https://agronomist.pl/

 

Liderka Kamila Kasperska

 

 

 

 

 

Jak stworzyć swój ekologiczny ogród i poprowadzić kuchnię na najwyższym poziomie, nie marnując przy tym żywności? Wiedzą o tym dzieli się Kamila Kasperska, która wraz z mężem Bogdanem, prowadzą Anielskie Ogrody w województwie lubuskim. Ekogospodyni udowadnia, że ogród może być naszą spiżarnią, apteką, drogerią i miejscem odpoczynku. O zero waste, szacunku dla produktów i czerpaniu z natury, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Ogród może być nie tylko miejscem wypoczynku, ale także spiżarnią, apteką i drogerią?

– Tak! W naszym przydomowym ogrodzie uprawiamy w sposób ekologiczny wszystko to, czego potrzebujemy i co chcielibyśmy jeść. Oczywiście, jeżeli tylko da się, to uprawiać w naszym klimacie. A jest tego sporo, około 600 gatunków warzyw, owoców, ziół i kwiatów jadalnych. Od najbardziej podstawowych ziemniaków, buraków, kapusty czy cebuli, do egzotycznych melonów, arbuzów, fasolnika chińskiego czy ziela oliwnego. Jemy sezonowo to, co rośnie aktualnie w ogrodzie oraz to, co mamy zgromadzone w spiżarni. Dodałabym też, że ogród to nasze najlepsze delikatesy. Jedzenie przynoszone prosto z ogrodu jest najświeższe, jak to tylko możliwe. Najsmaczniejsze i najzdrowsze. Oczywiście, w sezonie, kiedy jest wysyp np. cukinii, ogórków czy pomidorów, robimy zapasy na cały rok do spiżarni. Trzeba się trochę napracować, ale potem wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba jeździć do sklepu. Apteczkę też można sobie zaopatrzyć we własnym ogródku. W razie jakiegoś kataru, niestrawności czy przeziębienia, można skutecznie sobie poradzić. Soki malinowe, syropy z cebuli, herbatki miętowe, makowe z kwiatów czarnego bzu czy dzikiej róży, napary z majeranku, oksymele, nalewki. Jest dużo naturalnych sposobów. Zresztą, ogród sam w sobie jest uzdrawiający. Przebywanie blisko natury, ruch na świeżym powietrzu, sprzyjają dobremu samopoczuciu. Dla ducha też jest niezastąpiony. Wsadzamy do ziemi ziarenko, patrzymy jak rośnie, opiekujemy się nim, widzimy jak zakwita… Mamy namacalne efekty swojej pracy. Mimo, że trzeba w to włożyć wiele wysiłku, to satysfakcja jest ogromna. Miejsce i czas na odpoczynek też można znaleźć. Bezcenne są nawet krótkie momenty, kiedy można przycupnąć na ławeczce i posłuchać, jak w kwiatach brzęczą zapylacze, jak śpiewają ptaki… Jeśli dodatkowo wiem, że to co robimy, służy nie tylko rodzinie ale także naturze, to satysfakcja jest podwójna.

Warzywa i owoce z ogrodu trafiają do kuchni. Jak to zrobić, by żywność się nie marnowała?

– To jest bardzo proste. Zrywam z ogrodu tyle, ile potrzebuję np. na zupę i gotuję. W sezonie przerabiam. Kiszę, mrożę, suszę, smażę powidła. Wolę też zostawić coś w ogrodzie dla przyrody niż wyrzucać do kosza. U nas obieg jest zamknięty. Z ogrodu, warzywa, owoce czy zioła, trafiają do kuchni i spiżarni. Resztki z kuchni z kolei, wracają do ogrodu. Co prawda, różnymi drogami, ale zawsze w to samo miejsce. Część odpadków np. resztki kapusty, gotowane obierki, zjadają kury, a potem ich nawóz zasila grządki (w prezencie od kur dostajemy jajka). Część trafia na kompost i po przerobieniu pod uprawy. Z ziół, obierek z cebuli czy czosnku, można robić opryski i nawozy dla roślin.

Jak wykorzystać resztki? Choćby na przykład łupinę od cebuli?

– Cebula to dobry przykład, bo jest odpowiednia na wszystko i nie ma żadnych odpadków. U nas cebuli zjada się więcej niż ziemniaków. Cebula do smażenia, gotowania, zapiekania i na szczypiorek i do spiżarni na zimę. Obierki wzmacniają rośliny. Za chwilę Wielkanoc, więc tradycyjnie w łupinkach z cebuli będziemy barwić jajka. Jest wiele produktów, z których odpadki są cenne i można z nich jeszcze coś wyczarować. Przykładowo – jabłka. Często widzę, że ludzie nie zbierają ich, bo małe, bo kwaśne, bo za dużo… A przecież jest szansa zrobić z nich niezwykle cenny żywy ocet. Z pulpy jabłkowej po occie, można zrobić domową musztardę. Nawet z samych ogryzków powstanie nam nastaw octowy. Kiedy obieramy jabłka na szarlotkę, to obierki suszymy (też na ocet) albo gotujemy z nich kompot. Suszonymi obierkami można też aromatyzować różne herbatki. Jeśli mamy wielki urodzaj cukinii, to przerabiamy ją na keczup. Żeby nie zmarnować, robimy keczupowy zapas na cały rok. Wszystko da się zagospodarować, a nawet trzeba, pomysłów jest wiele.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/ogrod-droga-do-zero-waste

https://agronomist.pl/

Liderka Paulina Pietrusik







Znalazła receptę na sukces – jak promować turystykę kulinarną w nietypowy sposób. Paulina Pietrusik, wcielając się w Pannę Apteczkową, podjęła się bycia lokalną orędowniczką tradycyjnych smaków Południowego Podlasia. Pierwowzoru odtwarzanej przez nią postaci, dzięki której jej się to udaje, należy upatrywać w historii czasu rodu Sapiehów, kiedy Panna Apteczkowa urzędowała na dworze Elżbiety Branickiej Sapieżyny i posiadała klucze od tzw. „apteczki” oraz pełniła kilka niezwykle ważnych funkcji – zbierała i suszyła zioła, wytwarzała syropy, maści, sporządzała lecznicze herbatki i nalewki. O stworzeniu niespotykanego produktu turystycznego za pośrednictwem historycznej persony, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Pochodzi Pani z Kodnia. Czy to naznaczyło Pani życie? Ma Pani życiową misję ocalenia od zapomnienia dawnych smaków, dziedzictwa kulinarnego, kulturowego?

– Niestety, zdecydowana większość młodych ludzi zamieszkujących wschodnie krańce kraju wyjeżdża do większych ośrodków miejskich. Oczywiście, ja tego nie neguję, sama wyjechałam na czas studiów, żeby zdobyć niezbędne wykształcenie do realizowania swoich dalszych planów i powrócić do swojej rodzinnej miejscowości. Udaje mi się połączyć życie zawodowe z mieszkaniem na stałe w Kodniu. Praca i mieszkanie na wsi, wymaga jednak wytrwałości i zorganizowania. Dobrze, że moja droga od początku była tak naznaczona, że teraz mogę realizować swoją misję ocalania od zapomnienia dawnych smaków i rozwijania turystyki kulinarnej. Zawsze podkreślam, że to w Kodniu jest mój dom, mam tu swoją oazę wśród nadbużańskich łąk i lasów. Właśnie tu czuję się częścią natury i mogę poświęcać się zgłębianiu tajników dziedzictwa kulinarnego i kulturowego. Po studiach, zamieszkałam w odziedziczonym po dziadkach domu w prawdziwie sielskiej miejscowości Kodeń i w ten sposób, stałam się najbardziej znaną Panną Apteczkową. Zbieram i badam przekazywane ustnie receptury oraz prowadzę zajęcia na ich temat. Pomimo młodego wieku, znalazłam swoje miejsce na wsi i z dużym zaangażowaniem popularyzuję produkty tradycyjne i lokalne z Kodnia. Odnalazłam wspaniały pomysł nie tylko na siebie, ale też na promowanie turystyki kulinarnej na Południowym Podlasiu.

Pani pasją są produkty regionalne? Które szczególnie są bliskie Pani sercu?

– Staram się promować turystykę kulinarną i frykasy z Kodnia szerszemu gronu osób. By do nich dotrzeć, powstał profil na Facebooku i Instagramie – Frykasy z Kodnia. Zamieszczam na nim zdjęcia i ciekawostki o naszych produktach. A jest ich dość sporo. Pięć z nich wpisaliśmy na listę produktów tradycyjnych. Otrzymaliśmy również nagrody w konkursach Nasze Kulinarne Dziedzictwo Smaki Regionów i Najlepsze Smaki Lubelszczyzny. Frykasy z Kodnia to nie tylko Panna Apteczkowa i jej działania. Rodzinnie specjalizujemy się w obsłudze turystów kulinarnych, poszukujących nowych smaków. Dbamy, aby spotkania wokół wspólnego stołu, przepełniał dobry smak i wyśmienite doznania kulinarne. Organizujemy tematyczne warsztaty kulinarne, pokazy, degustacje. Turyści mają możliwość nie tylko spróbować lokalnych produktów, ale też poznać ich historię, związaną ze znamienitym rodem Sapiehów dawniej zamieszkującymi Kodeń. Sapiehowie byli pierwszymi orędownikami tradycji. U nas można spróbować słynnego Sekretu Sapiehów czy ziołowej herbatki Księcia Sapiehy. Nasze produkty są zawsze świeże, gdyż przygotowujemy je w niewielkich ilościach, głównie na potrzeby gości lub po wcześniejszym zamówieniu. Zgodnie z ideą “przez żołądek do serca”, turyści coraz częściej szukają oprócz interesujących zabytków i programów kulturalnych, także smacznej, niemasowej i oryginalnej kuchni regionalnej, która staje się wyznacznikiem danego miejsca. Dobra opowieść kulinarna zaskakuje, rozbudza ciekawość, trzyma w napięciu, niekiedy bawi. Kodeń to jeszcze dość nieodkryty zakątek kraju, a szkoda, bo tutaj nadal oddycha się dziką nieskażoną przyrodą. Turyści oglądają liczne zabytki, a przede wszystkim są otoczeni serdecznymi mieszkańcami, którym leży na sercu pielęgnowanie lokalnych tradycji kulinarnych. W sezonie, przeprowadzam degustacje na powietrzu – wtedy prezentuję kuchnię kodeńską z całą jej złożonością. Odtwarzam tradycyjne produkty, którym nie można się oprzeć. Dzięki moim działaniom, wiele osób otworzyło podniebienia na to, co lokalne i poznało tajniki kuchni z wielokulturową tradycją. Smaki często zepchnięte na kulinarny margines z powodu swojej zwykłości, można powiedzieć, obudziły się do życia, tak jak przyroda budzi się do życia wiosną.

Czy u Pani w domu kultywowano dawną kuchnię?

– Inspiratorką do zagłębiania się w regionalnej kuchni południowego Podlasia, jest dla mnie moja Mama. To ona i jej pasja, popchnęły mnie w stronę kuchni regionalnej. Nasza rodzina ze strony Mamy i Taty, od kilku pokoleń związana jest z Kodniem. Mama jest mistrzynią w gotowaniu tradycyjnych dań, od zawsze pragnęła mieć w swojej spiżarni niepowtarzalne smaki. Coś, czego inni zwyczajnie nie potrafią przygotować albo nie są na tyle otwarci na nowe połączenia. To właśnie Mama zaczęła odszukiwać dawne receptury. Na pierwsze konkursy wyjeżdżała, kiedy byłam w liceum. Starała się o wpisanie naszych produktów na ministerialną Listę Produktów Tradycyjnych. Mówię „naszych”, bo ja od początku uczestniczyłam w tych procedurach i wpisy traktuję jako wspólne. Produkty na bazie ziół, są szczególnie bliskie mojemu sercu. Używam ich do: tradycyjnej herbatki księcia Sapiehy, nalewek leczniczych, syropów oraz do wytwarzania musztardy, konfitur jak chociażby konfitura z owoców zielonego orzecha, pigwowca, a także do marynowania i doprawiania dań mięsnych oraz rybnych. Zastosowanie ziół w kodeńskiej kuchni, jest dość obszerne, ale zwróćmy uwagę na gorczycę, z której wytwarzam kilka rodzajów musztardy – moje ulubione to jabłkowa i gruszkowa. Musztarda, to produkt, za który uzyskaliśmy Perłę w Konkursie Nasze Kulinarne Dziedzictwo Smaki Regionów. Dawniej, na bazie gorczycy były sporządzane wyszukane potrawy, a nawet eliksiry miłosne. Musztarda stanowi doskonały dodatek do zimnych mięs, wędlin czy jaj na twardo. Dodaje się ją do niektórych sosów i marynat. Dzięki swym zaletom smakowym, jak i dzięki temu, iż pobudza wydzielanie soku żołądkowego, ułatwiając tym samym trawienie, należy do najpopularniejszych przypraw świata. Nazywano ją „złotym kluczem otwierającym apetyt”. Francuskie powiedzenie mówi, że: „musztarda jest dla żołądka tym, czym szpicruta dla konia wyścigowego; smakosz i wytrawny jeździec powinni używać szpicruty z umiarem”. Dawna Panna Apteczkowa miała szeroki zakres obowiązków, ja także jestem dość aktywną osobą. Swoimi działaniami obejmuję pracę z seniorami, młodzieżą, studentami. Od dwóch lat, jestem opiekunem klubu seniora w swojej gminie, ale pojawiałam się na zajęciach także w gminach sąsiednich i uniwersytecie trzeciego wieku. Nawiązałam współpracę z Akademią Wychowania Fizycznego w Białej Podlaskiej. Tam, gościnnie uczestniczyłam w zajęciach z agroturystyki i usług doradczych w turystyce, posiadam kwalifikacje pedagogiczne do prowadzenia zajęć z młodzieżą, a lokalne szkoły też chętnie zapraszają mnie do udziału w swoich zajęciach. Na naszym terenie występuje wiele obiektów z duszą, dworów, pensjonatów, agroturystyk. Staram się tam organizować zajęcia tematyczne dla turystów indywidualnych, grup zorganizowanych i biznesowych. Z myślą o nawiązywaniu współpracy i rozwijaniu produktów turystycznych, przystąpiłam do lokalnych organizacji m.in grupy działania czy organizacji turystycznej. Wspieram działania blogerów turystycznych, dziennikarzy i pasjonatów, którym tak jak mi, leży na sercu pokazywanie lokalności. Nawiązałam również współpracę ze Środowiskowym Domem Samopomocy w Kodniu i tam przeprowadzam warsztaty kulinarne z osobami niepełnosprawnymi, które mają poważne problemy w życiu codziennym. Ich radość ze zdobywania nowych umiejętności i odkrywania smaków jest bezcenna. Z produktami mam wiele wspomnień. Miło wspominam początki swoich warsztatów, kiedy brałam udział np. w spotkaniach dedykowanych głównie dla kobiet, które wzajemnie dzieliły się swoimi pasjami i tym czym się zajmują. Wyjeżdżałam wtedy do Dworu Mościbrody, przy współpracy z Mazowiecką Michą Szlachecką. Nawiązywanie do kulinariów z czasów Sapiehów, umożliwiło mi także współorganizowanie zajęć z Kodeńską Baterią Artylerii. Muszę przyznać, że działań, których się podejmuję, jest bardzo wiele i mogłabym o tym opowiadać godzinami.

Jest Pani absolwentką turystyki. Czy to był wybór w kierunku jeszcze mocniejszej promocji lokalności?

– Już w liceum wiedziałam, że chcę iść na studia związane z turystyką i po nich wrócić w rodzinne strony, aby móc rozwijać turystykę w regionie. Stopniowo, dążyłam do realizacji tego celu, częściowo już się to udało. Wkładałam i wkładam w to całe swoje serce. Jako studentka turystyki, zaczęłam planować swoją dalszą przyszłość i chciałam pokazać, że w Kodniu można promować jeszcze inne formy turystyki niż tylko pielgrzymkową. Skupiłam się na turystyce kulinarnej, ale w swoich planach mam też sylwanoturystykę, bo właśnie o tym pisałam pracę magisterską. Wspólnie z rodzicami, od lat staramy się angażować w wydarzenia lokalne i regionalne. Na Europejski Festiwal Smaków w Lublinie przyjeżdżaliśmy od początku jego istnienia. To właśnie tam, odbywały się turnieje panien apteczkowych. Można powiedzieć, że czuję się pionierką w tym, czym się zajmuję na co dzień. W naszym najbliższym sąsiedztwie, nie ma zbyt wielu takich osób, oferty z profesjonalnymi warsztatami. Kierunek studiów umożliwia mi mocniejszą promocję lokalności. Z wykształcenia jestem specjalistką ds. zarządzania w turystyce, animatorką czasu wolnego, pilotką wycieczek.

Jak powstała Panna Apteczkowa?

-Panna Apteczkowa powstała w czasach, kiedy mówienie i pisanie o jedzeniu stało się nie tylko modą, ale i powszechnym obyczajem. Pojawiłam się na kulinarnej scenie jako nowa i odrobinę tajemnicza postać…Dlaczego tajemnicza? Bo nie każdy potrafi wyjaśnić, kim jestem i czym mogę się zajmować jako Panna Apteczkowa. Pierwszą myślą, która pojawia się w wielu głowach zastanawiających się kim może być taka osoba – ukazuje się stateczna, raczej starsza kobieca postać o przyjaznym usposobieniu. Po studiach, wykreowałam własny wizerunek bazujący na postaci historycznej, nawiązujący do dawnych tradycji regionu. W ten sposób, odtworzyłam postać historyczną, a zarazem stworzyłam niespotykany produkt turystyczny wraz z nową ofertą turystyki kulinarnej. Nie posiadam zbyt wielu wzmianek o Pannie Apteczkowej, która kiedyś zamieszkiwała Kodeń, ale tak naprawdę teraz to ja jestem taką lokalna orędowniczką tradycyjnych smaków. Turyści przyjeżdżają, żeby zobaczyć się ze mną, uczestniczyć w zajęciach, czy zrobić pamiątkowe zdjęcie. Postać którą kreuję jest dosyć barwna. Moimi znakami rozpoznawczymi są warkocz i czerwone korale, chociaż często stroje dobieram do tematyki zajęć i okoliczności gdzie się odbywają. Staram się, aby zajęcia były zaskakujące, niebanalne. Niektórzy mówią, że smaki niby proste, a jednocześnie bardzo wyszukane i tylko w Kodniu smakują najlepiej. Czuję satysfakcję, kiedy turyści próbują u nas czegoś po raz pierwszy w życiu.

 

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/panna-apteczkowa-czyli-paulina-pietrusinska-z-kodnia

https://agronomist.pl/

Czterokopytne szczęście Michałków

 

 

 

 

 

Połączyła ich miłość do koni – poznali się na studiach. Mieli być zootechnikami, a zostali właścicielami gospodarstwa agroturystycznego, stajni i hodowli. Iwona i Bartosz Michałkowie stworzyli na kujawsko-pomorskiej wsi prawdziwe końskie eldorado dla koników polskich, ale… nie tylko.

Iwona i Bartek Michałkowie swoje miejsce na ziemi znaleźli pod Bydgoszczą, w malowniczej wsi Stary Jasiniec. Osiedlili się tu wkrótce po studiach. Miejsce urzekło ich swoim pięknem, bliskością lasu i… brakiem dojazdowej drogi asfaltowej. Mieszkają tu ponad dwadzieścia lat i nie wyobrażają sobie już życia w mieście, choć oboje z niego pochodzą. Spełniają swoje hodowlane marzenia. Jak mówią – mają szczęście, bo robią to, co kochają. A jeśli pracuje się z pasją, to jakby nie pracować.

Połączyła nas miłość do koni. Teraz dzielimy się z innymi naszym czterokopytnym szczęściem. Hodujemy konie – tak, jak zawsze chcieliśmy. Mamy stado koników polskich, objęte programem hodowli zachowawczej rodzimych ras zwierząt. Obejmuje ono kilka klaczy, młodzież i coroczny przychówek w postaci urodzonych źrebiąt po naszym ogierze, który jest reproduktorem. Posiadamy własnego, licencjonowanego ogiera Napara. Wyhodowane przez nas konie cieszą się dużym zainteresowaniem wśród miłośników koni – większość z nich jest użytkowana pod siodło lub w zaprzęgu. Mamy również małe stado koni szlachetnych, wierzchowych. Obejmuje rasy – polski koń sportowy i rasę wielkopolską. Wszystkie nasze konie hodowlane są u nas użytkowane w agroturystyce. Niektóre z nich są tak uwielbiane przez odwiedzających stadninę, że powstają ich fankluby. Nasze konie mają łagodny charakter i są dobrze wychowane, co zachęca do przejażdżki amatorów jazdy konnej – opowiada Iwona Michałek.

Koniki polskie są końmi wyjątkowo przyjaznymi, które coraz częściej można zobaczyć na polskiej wsi. Chętnie kupują je właściciele gospodarstw agroturystycznych oraz osoby zainteresowane prowadzeniem szkółek jeździeckich oraz ośrodków hipoterapii.

Są jedyną rodzimą, pierwotną rasą koni, która wywodzi się bezpośrednio od dzikich koni – tarpanów. Charakteryzują się dużą wytrzymałością, odpornością na choroby i łatwością w przystosowaniu się do warunków bytowania. Mają myszate umaszczenie, z ciemną pręgą na grzbiecie oraz obfitą czarną grzywę. Ich ogony mają nieliczne jasne włosy. Są niewielkich rozmiarów. Osiągają masę ciała do 400 kg – dodaje Iwona.

Michałkowie stworzyli dziewięciohektarowe gospodarstwo agroturystyczne, którego domeną są konie. A jakże – w końcu obydwoje są absolwentami zootechniki Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy, a także podyplomowych studiów hodowlanych. Ukończyli również studium pedagogiczne. Mogą się więc opiekować nie tylko końmi, ale także dziećmi.

Chcesz czytać dalej?

https://agronomist.pl/artykuly/czterokopytne-szczescie-michalkow

https://agronomist.pl/

Liderka Joanna Jastak

 

 

 

 

 

Przybywa kobiet w organach stanowiących i wykonawczych samorządów. Po wyborach w 1990 roku, ich odsetek w gminach wiejskich wynosił 9 proc., natomiast po blisko 25 latach, był już niemal trzykrotnie wyższy. Coraz więcej pań obejmuje stanowisko wójta czy burmistrza, co wiąże się z silną pozycją na lokalnym rynku. Z rankingu na zlecenie pisma samorządu terytorialnego „Wspólnoty” wynika, że najbardziej sfeminizowane samorządy są w województwach: lubuskim, mazowieckim i wielkopolskim.

Udział kobiet w różnych gremiach władz samorządowych, jest w dalszym ciągu znacznie niższy od 50 proc., ale szybko się zmienia. Widać to szczególnie w gminach wiejskich. Przykładowo, w gminie Lubiewo na Kujawach i Pomorzu, dwa lata temu władzę objęła Joanna Jastak. Wcześniej aktywnie działała na rzecz wsi. Teraz robi to z pozycji urzędu.

Marzenia – te które miałam na początku kadencji, powoli realizuję: modernizację hydroforni, przebudowę i remonty dróg, budowę infrastruktury sportowej. Ważnym zadaniem dla mnie jest wyposażanie placówek oświatowych w nowoczesny sprzęt. Obecnie realizowana jest inwestycja budowy Klubu Seniora w Lubiewie, gdzie swoje miejsce będą mieli nasi seniorzy. Poza tym, chciałabym aby każda miejscowość miała szanse na rozwój i polepszenie jakości życia, w tych najmniejszych miejscowościach ważne są wyremontowane i dobrze wyposażone świetlice wiejskie w których odbywają się zajęcia świetlicowe oraz inne, okazjonalne. Maja tu swoją siedzibę również jednostki OSP jak również Koła Gospodyń Wiejskich – opowiada.

Jak wynika z rankingu na zlecenie „Wspólnoty”, w latach 90. wskaźnik feminizacji rad wiejskich był znacznie niższy niż miejskich, co można było tłumaczyć kulturowym konserwatyzmem wsi. Potwierdzeniem tego był najwyższy w 1998 i 2002 roku udział kobiet w radach miast na prawach powiatu. Potem zjawisko zanikło. Od 2010 roku różnice między największymi i mniejszymi miastami oraz gminami wiejskimi, niemal zupełnie się zatarły

Zdecydowanie, pokutujący stereotyp, że kobieta to jednak ta „słabsza płeć”, z jednej strony deprymuje kobiety do ubiegania się o stanowiska, bo zdają sobie sprawę jak będą odbierane, a z drugiej strony, mężczyźni zasiadający czy tworzący komitety wyborcze, niechętnie desygnują kobiet, bo jest to „ujmą na męskim honorze”. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam, bo niejednokrotnie historia pokazała, że kobieta jest osobą silną, dobrze zorganizowaną i odpowiedzialną, więc połączenie roli matki, żony, wójta czy innego równie ważnego stanowiska jest możliwe, bez szkody dla nikogo. Ja zawsze uważałam, że im człowiek ma więcej obowiązków, pasji, to jest bardziej zorganizowany i ma większe doświadczenie życiowe. Ale chciałabym też podkreślić, że sprawując funkcję wójta, nie zwracam uwagi na to, że jestem kobietą. Traktuję moich rozmówców z szacunkiem i chcę być traktowana jako równorzędny partner w rozmowach. Może fakt, że jestem osobą otwartą, przyjaźnie nastawioną do wszystkich i często się uśmiecham, ułatwia mi nawiązywanie kontaktów i prowadzenie negocjacji, rozmów itp. – mówi Joanna Jastak.

Na pytanie, czy miała obawy, gdy obejmowała stanowisko, Joanna Jastak odpowiada:

Właściwie się nad tym nie zastanawiałam… Teraz, z pespektywy czasu – myślę, że byłam zbyt optymistycznie nastawiona do rozwiązywania problemów. Uważałam, że każdy problem można rozwiązać prędzej czy później. Po ponad dwóch latach, ten optymizm został jednak nieco ostudzony przez biurokratyczną machinę przepisów, procedur i czasu wymaganego na uzyskanie stosowanych pozwoleń. Ta „niemoc” jest trudna do wyjaśnienia mieszkańcom, bo tak jak oni, często chciałabym zrobić coś na tzw. „zdrowy rozsądek”, systemem gospodarczym, żeby szybko rozwiązać dany problem. Niestety – nie możemy. Podobnie, rzecz się ma z dostępem do środków finansowych. Jak w każdym gospodarstwie domowym, tu również musimy wybierać co jest pilniejsze, ważniejsze, bo niestety na wszystko nie starcza pieniędzy.

A jakie cechy powinien mieć wójt?

Wójt to gospodarz określonego terenu. Dobry gospodarz dba o powierzone mu zasoby, materialne, niematerialne, a przede wszystkim ludzkie. Gminę tworzą mieszkańcy i za nich wójt powinien być odpowiedzialny podejmując wyważone decyzje, realizujący ich potrzeby związane z ułatwianiem codziennego życia. Ponadto, wójt musi być decyzyjny, konkretny, umiejący współdziałać z różnymi środowiskami, być jednocześnie otwartym, przyjaznym, a kiedy trzeba twardym, nieustępliwym. Staram się wypracowywać szacunek do organu wójta oraz zaufanie do niego – podkreśla Joanna Jastak.

Joanna żałuje, że pań na urzędzie nie ma jeszcze więcej. Być może jest to spowodowane głęboko zakorzenionymi stereotypami, które tkwią w kobietach. Pokolenie 45 plus dorastało w czasach patriarchatu, gdy szefami firm w większości byli mężczyźni, a przeznaczeniem kobiety była głównie rola matki i żony. Teraz widać, że można być cenionym samorządowcem i jednocześnie prowadzić życie rodzinne, realizować swe pasje, marzyć.

Koleżanki Wójt miałam okazję poznać osobiście podczas narad organizowanych przez Konwent Wójtów i Burmistrzów oraz Związek Gmin Wiejskich. Są to dwie koleżanki z województwa kujawsko-pomorskiego z gminy Zbiczno i Brzozia. Połączyło nas to, że jest to nasza pierwsza kadencja, wcześniej byłyśmy nie związane z samorządem, radą. Na co dzień jednak bardzo często korzystam z doświadczenia i zawsze otwartych na pomoc kolegów samorządowców z powiatu tucholskiego. Staramy się nie porównywać gmin, ponieważ każda ma inne priorytety, położenie i budżet, ale łączą nas drogi, służba zdrowia, wydarzenia kulturalne i wiele innych spraw – mówi Joanna Jastak.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/wojt-na-obcasach

https://agronomist.pl/

Liderka Anna Skowrońska

 

 

 

 

 

Mówi, że hodowlę ryb ma w genach, ale także w sercu. Anna Skowrońska stworzyła pierwszy ośrodek w Polsce, wypuszczający do klientów certyfikowanego i wyhodowanego w kraju BIO Pstrąga. Sprzedaż rusza już pod koniec lutego. O drodze do sukcesu, hodowczyni z Zielenicy, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Co spowodowało, że zajęła się Pani hodowlą ryb? Nie ma wielu kobiet wśród hodowców.

– Hodowla ryb jest moim dziedzictwem, można nawet powiedzieć, że obciążeniem genetycznym. Wychowałam się w rodzinie hodującej ryby. Tata – ichtiolog i pasjonat, wprowadził mnie świat, którego uroki każdego dnia odkrywam coraz głębiej. Hodowla ryb jest zdominowana przez męską stronę mocy. Jestem rodzynkiem i często konfrontuję się ze stereotypem rybaka. Zazwyczaj inni wyobrażają mnie sobie jako postawną babę w gumofilcach i siecią w rękach. Rzeczywistość jest inna, choć zapewniam – siły – w szczególności ducha, mi nie brakuje. Przyznam jednak, że moje hodowanie pstrąga w pewnym sensie ma damskie oblicze. Nie skupiam się na ilości, lecz na jakości. I patrzę na rynek od strony konsumenta, czyli kobiety klientki, która dba o siebie i swoją rodzinę. Pragnie kupić świeżą, zdrową rybę i smacznie podać ją na stół w dbałości o swoich bliskich.

Od kiedy na poważnie zajęła się Pani hodowlą?

– Hodowlą zawodowo zajmuję się od zawsze – najpierw jako dziecięcy obserwator, potem praktykująca studentka ekonomii, a następnie jako menedżer i właściciel hodowli. Gospodarstwo Rybackie Zielenica istnieje od 2001 roku. Założyliśmy je bazując na wieloletniej, rodzinnej tradycji chowu ryb, która zaowocowała hodowlą najwyższej jakości pstrąga, docenianego przez szerokie i wierne grono odbiorców. Ale tak szczególnie, „moja Zielenica” wciągnęła mnie w momencie, gdy wybudowana została przetwórnia ryb dla pochodzącego z hodowli surowca. Wówczas, rozpoczęła się współpraca z sektorem HoReCa, z restauracjami, szefami kuchni. Moim celem było dostarczenie ultraświeżego i ultrazdrowego pstrąga do restauracji w możliwie najkrótszym czasie – w myśl zasady „ze stawu na stół”. Ta misja okazała się sukcesem. Nasze budowanie zaufania w relacji dostawca – klient, filozofia keizen, czyli krok po kroku, dbałość o szczegóły, o dostawy, o opakowania, elastyczne dostawy i dialog z klientami, pozwoliły mi i mojemu zespołowi, budować nasz sukces. Nasze produkty mają odznaczenia „dobry produkt” i „Top produkt”, ale największą nagrodą jest powracający klient. Ten, który nas poleca przyjaciołom, który pisze dobre słowa w mediach społecznościowych

Które ryby cieszą się największą popularnością Pani i klientów?

– Zarówno ryby świeże, kawior, jak i pstrągi wędzone – mają swoich wielkich entuzjastów. Przede wszystkim, jest to jednak ultraświeżość, która jest naszą żelazną zasadą. Nasza misja wyklucza magazynowanie, czyli sprzedajemy tylko i wyłącznie tego samego dnia wyłowiony surowiec. O 6 rano, zaczynamy przygotowania pracy na stawach, o godzinie 7 uruchamiamy proces przetwórczy, pakowanie i wysyłki. Następnego dnia, ultraświeży pstrąg jest u naszego klienta.

Skąd pomysł na bio ryby?

– Bio pstrąg jest przysłowiową kropką nad „i”. Ma wskazać i jeszcze raz głęboko podkreślić nasze cudowne, krystaliczne wody, w których hodujemy pstrągi. Pokazać, że słowo bio jest rzetelnym podkreśleniem naszego rzemiosła. Że jakość naszego produktu jest potwierdzona najbardziej restrykcyjnymi normami. To buduje jeszcze większe zaufanie do nas, jako producenta żywności. Jesteśmy pierwszym ośrodkiem w Polsce wypuszczającym do klientów certyfikowanego i wyhodowanego w Polsce BIO Pstrąga. To uwieńczenie czternastomiesięcznego okresu chowu (tyle trwa cykl od ikry po rybę na stole) oraz 36-miesięcznego procesu dostosowywania i obserwacji warunków naturalnych. Krok po kroku, przechodziliśmy audyty, budowaliśmy zaufanie do nas i rozbudowywaliśmy wymaganą dokumentację. Pierwszym, innowacyjnym w polskiej hodowli moim pomysłem, było rozpoczęcie hodowli złotego pstrąga golden trout Jesteśmy jego jedynym hodowcą w Polsce, nazywamy go naszym złotkiem. Gdy zobaczyłam przypadkowo ten gatunek, zakochałam się w tej rybie, Postanowiłam podjąć wyzwanie jego hodowli u siebie. Jest to przepiękna ryba o niesamowitych walorach smakowych. Pochodzi z Kalifornii. Moim zdaniem, to ryba bardzo kobieca, idealnie komponuje się z kieliszkiem Prosseco. Mają bowiem podobną, delikatną strukturę. No i… piękny wygląd.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/anna-skowronska-i-jej-bio-pstragi

https://agronomist.pl/

Liderka Joanna Smolarek

 

 

 

 

 

Wiele osób mówi o niej, że jest łowczynią roślin. Ona jednak tłumaczy, że tylko próbuje uchwycić ich piękno. Joanna Smolarek tworzy nietypowe dzieła, które nie tylko są niepowtarzalne, cieszą oczy i robią wrażenie, ale także przywołują wspomnienia. O uroku zaklętym w pąkach i liściach, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Lubi Pani naturę?

Bardzo. Każdego dnia potrafię znaleźć okazję, by odwiedzić pole, łąkę, las. Zawsze mam ze sobą w plecaku książkę, do której mogę włożyć znalezione roślinne skarby. Nigdy nie wracam z pustymi rękoma. Takie tropienie pięknych okazów w naturze polecam każdemu. Relaksuje, ale także pozwala cieszyć się ulotnością chwil i delikatnym pięknem różnych okazów.

Zawsze fascynowały Panią rośliny, kwiaty?

Rośliny są niezwykle fascynujące przez swoją ulotność, niepowtarzalność. Zresztą, pasjonują ludzi od dawna. Powstawały o nich nawet mity. Przykładowo, jeden z nich opowiada o nimfie Paejonia. Była wyjątkowo piękna i przyciągnęła uwagę Apolla, który zaczął z nią flirtować. Kiedy Paejonia zorientowała się, że patrzy się na nich Afrodyta, to zawstydziła się i jej twarz stała się czerwona. W swoim boskim gniewie, Afrodyta przemieniła nimfę w czerwoną piwonię. Właśnie dlatego piwonia może symbolizować nieśmiałość i wstyd. Każda roślina ma swój czar, urok, historię – nawet jeśli jest ona bajkowa, to mit czy legenda, fascynować się nią z pewnością warto.

Skąd u Pani artystyczna pasja?

Sama nie wiem. W mojej rodzinie każdy majsterkował. Lutować zaczęłam kilkanaście lat temu. To nie była jeszcze doba Internetu. Wszystkiego uczyłam się metodą prób i błędów. A pomysł roślin w szkle kiełkował we mnie od dawna.

Skąd pomysł roślin w szkle?

Z dzieciństwa! Jako mała dziewczynka biegałam z koleżankami po łąkach. Zbierałyśmy kwiatki, kopałyśmy dołki w ziemi i robiłyśmy kolorowe kwietne kompozycje. Przykrywałyśmy je kawałkami tłuczonego szkła. Tak powstawały nasze widoczki (w innych częściach Polski zwane Sekretami lub Aniołkami). Widoczek trzeba było przysypać ziemią, żeby nie został przez nikogo odnaleziony. Dziś mam troszkę więcej lat i zamiast tłuczonego szkła, używam szklanych soczewek, które dodatkowo powiększają znajdujące się w nich rośliny i nadają biżuterii efekt głębi.

Czy przygotowanie tych dzieł to proces długotrwały?

Wykonanie jednej rzeczy zajmuje mi około dwóch godzin. Wchodzi w to proces układania kompozycji, szlifowania, lutowania. Oczywiście, trzeba doliczyć do tego czas poświęcony na zbieranie roślin, który – nie ukrywam, jest najprzyjemniejszą częścią mojej pracy. Mam małego pomocnika Emilka, który nawet z przedszkolnych spacerów przynosi mi stokrotki i ukrywa je w przedszkolnej szatni. Kwiaty suszę w książkach minimum trzy tygodnie. Dopiero po takim czasie, są gotowe do użycia. Układam kompozycje w szklanych soczewkach i oprawiam je metodą witrażową. W mojej pracowni, korzystam z lutownicy, palnika i ekologicznej cyny jubilerskiej (bez niklu i ołowiu). Soczewki powiększają znajdujące się w nich rośliny. Pięknie przepuszczają światło.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/rosliny-zaczarowane-w-szkle

https://agronomist.pl/

 

Liderka Anna Siudzińśka

 

 

 

 

 

Prowadziła gospodarstwo agroturystyczne, jeździła konno, a teraz inspiruje inne kobiety, by zadbały – tak jak ona, o zdrową wagę. Anna Siudzińśka napisała książkę „Ultraczterdziestka, czyli biegiem po marzenia” i prowadzi Stowarzyszenie Biegaj Za Miastem. O tym, jak biec przez życie, chudnąc w sposób rozsądny i być dla siebie po prostu dobrym, opowiedziała Marii Sikorskiej w Dniu Zdrowej Wagi Kobiet, który obchodzimy 21 stycznia.

Jak się zaczęła Twoja przemiana? Pamiętasz ten moment? To był impuls, jakieś wydarzenie czy dłuższy proces?

– Moja przemiana, to efekt serii impulsów. Gdy waga rosła, z każdym kilogramem coraz bardziej doskwierała mi konieczność wyszukiwania w sklepach ubrań w coraz większych rozmiarach. Co więcej, coraz trudniej było mi się poruszać, coraz prędzej łapała mnie zadyszka przy wchodzeniu po schodach. Pamiętam taki moment, gdy zobaczyłam swoje zdjęcie z Targów urody w Toruniu. Na zdjęciu stałam przed roll-upem z hasłem, które wówczas towarzyszyło mojej działalności coachingowej – Pięknologia Stosowana – zmiana jest w Tobie. I wówczas zrozumiałam… piękno, zmiana a na pierwszym planie ważąca wówczas około 100-kilogramowa baba. Tak właśnie, baba – bo wtedy tak na siebie spojrzałam… Po kilku dniach doszedł komentarz mojego ówczesnego męża, który widział już niejedną moją (kompletnie nieudaną i robioną po omacku) próbę zgubienia kilogramów. Ów komentarz padł z jego ust, gdy po raz enty, odwiedzając dom rodzinny, stanęłam przed szafą pełną pięknych, modnych onegdaj ciuchów w rozmiarze 38-40. Ileż razy próbowałam je przymierzać, mimo że zdawałam sobie sprawę z tego, że każda z prób zakończy się fiaskiem? I tego dnia było podobnie, ale… inaczej. Zrezygnowałam z przymierzania w obawie przed wiadomym rezultatem. No i słowa męża: „Nie patrz tak – przecież i tak już nigdy nie założysz tych ubrań”. To nie miało być złośliwe, lecz pragmatyczne, jakby z intencją, abym nie katowała się widokiem „szczupłych” ciuchów. A jednak zadziałało inaczej. Te dwa impulsy – zdjęcie i fakt, że „szafa płaczu” stawała się dla mnie bardziej płaczliwa, doprowadziły do decyzji o zmianie.

Od czego zaczęłaś swoją przemianę?

– Zaczęłam od badań, jeszcze przed finalną decyzją. Chociaż przyznam, że był to element „odkładologii”. Szukałam przyczyn tego, że mimo stosowania diet, wielkich programów, liczenia kalorii, głośnego mówienia o tym, że się odchudzam, nie mogę schudnąć.

A nie mogłam, bo wszystko robiłam po omacku i niestety, nie trafiałam na nikogo, kto by mi uświadomił, że nie schudnie się skutecznie i trwale, a tym bardziej zdrowo, poprzez samą dietę. Zaczęłam więc szukać wiedzy, czytać, rozglądać się. I tak doszłam do tego, że muszę znaleźć sposób na to, aby znaleźć równowagę i na to, aby proces przemiany był fajny, a nie pełen stresów i zakazów. Tak się złożyło, że w tym czasie, gdy podjęłam finalną decyzję o zmianie. Ktoś ze znajomych dodał mnie do grupy biegowej na Facebooku. To był strzał w dziesiątkę! Mogłam bowiem obserwować ludzi, którzy cieszą się z każdego przebiegniętego kilometra – bez względu na to, czy mowa o 5, 10 czy 42 km. Ludzi, którzy są bardzo pozytywnie nakręceni swoją pasją i potrafią wspierać innych. Ważąc 110 kg, nie miałam jeszcze sił ani możliwości biegać, ale zmieniłam radykalnie nawyki żywieniowe. Ograniczyłam spożywanie soli, przestałam jeść słodycze, ograniczyłam tłuszcze, wyeliminowałam pieczywo. Zaczęłam się także suplementować i dbać o dobrą równowagę składników odżywczych w codziennej diecie. To szybko zaczęło przynosić efekty. Prawda jest taka, że jeśli waży się tak dużo, to gubiąc na samym początku zmiany nawyków około 10% wagi ciała, co stanowiło około 11 kg w ciągu miesiąca, można zbudować w sobie niezłą zachętę na więcej. Reasumując – zaczęłam od zmiany nawyków żywieniowych, zwiększenia ilości pitej codziennie wody, spacerów i codziennych ćwiczeń (tu ułożyłam sobie plan adekwatny do mojej formy) i budowania motywacji do zmiany.

Co dała Tobie przemiana?

– Wszystko … wszystko, co jest dziś. Bo to od tego, co zrobimy dzisiaj – tu i teraz, zależy nasze jutro. Nie inaczej. Nauczyłam się wierzyć w marzenia, projektować je, planować i realizować. Zdobyłam pewność siebie, która pozwoliła mi schudnąć 40 kilogramów i w ciągu zaledwie roku od samej decyzji o podjęciu zmiany (przypomnę – waga 110 kg), przebiec półmaraton, maraton i ultramaraton 69 km (o profilu górskim – 69 km). Te sukcesy, zbudowane na marzeniach, wierze w swoje siły i chęci pokazania sobie, że mogę wszystko spowodowały, że w miejsce zrealizowanych pojawiły się kolejne marzenia. Motywowanie siebie i moja przemiana, dały mi zdrowie, lepszą sylwetkę, nieporównywalną kondycję, odporność i uśmiech. Ale „po drodze”, okazało się, że w tę podróż do marzeń udawało mi się zabierać coraz więcej osób. I tak powstała książka wydana w ubiegłym roku – moje marzenie – „Ultraczterdziestka, czyli biegiem po marzenia”. A zaczęło się od tego, że z czasem – z grupą przyjaciół, założyliśmy własną grupę biegową. Tam, wraz z innymi dzieliliśmy się pasją i radością. Założyłam też własny blog @GoAnn na FB oraz profil na Instagramie, gdzie zaczęłam poza dzieleniem się jedynie zdjęciami i raportami z treningów czy zawodów, wrzucać nagrywane filmy. Z czasem, ukończyłam kursy – dietetyka sportowego, psychodietetyka oraz trenera personalnego. Wszystko po to, aby wiedzieć co robię, dlaczego robię i czy to, co robiłam – niejako intuicyjnie, jest właściwe. Ponieważ coaching i motywacja są moją pasją, to zostało to zauważone przez osoby, które coraz częściej pisały, że moje teksty, filmy i komentarze działają dla nich jak motywator i inspiracja. Ktoś rzucił, że powinnam napisać książkę. Tak też się stało… Przez kilka miesięcy spisywałam część swojej historii, opisywałam to, co mnie zainspirowało do zmiany. A ponieważ moja zmiana, to wprowadzenie równowagi, więc czytelnicy znajdą w książce także przykłady przepisów oraz wskazówki, jak iść przez życie z pasją i radością na przekór „przeszkadzaczom”.

Jak teraz dbasz o siebie?

– Nie biegam codziennie – chociaż bardzo bym chciała… Staram się realizować założony plan treningowy, ale podobnie jak w przypadku diety, nie jestem wobec siebie rygorystyczna. Biegam dla siebie i swojego zdrowia. Chcę móc się tym delektować i cieszyć. Owszem, biegam bez względu na pogodę – zarówno w mrozach, w śniegu, deszczu, jak i przy 35 stopniowym upale.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/biegiem-po-szczescie

https://agronomist.pl/

 

Liderka Aneta Larysa Knap

 

 

 

 

 

Kierpce na obcasie czy ręcznie haftowane jeansy – to właśnie jej sprawka. Jak to góralka – z temperamentem wkroczyła na modowy rynek. Niebanalne pomysły na elementy ludowości w szafach, zawróciły Polakom w głowach i sprawiły, że połączenie tradycji z nowoczesnością zyskało inny wymiar. Aneta Larysa Knap – projektantka mody, organizatorka największego w Polsce pokazu mody folkowej Polki Folki, a także twórczyni marki Folk Design, o fascynacji folklorem, opowiedziała Marii Sikorskiej, autorce telewizyjnego programu Z klimatem i z pasją.

Jak bardzo jesteś przywiązana do góralskiej tradycji, do korzeni, do swojego regionu? Jak wpłynęło na Twoją twórczość otoczenie?

Góralka mówi gwarą, nosi czerwone korale, tańczy i śpiewa w zespole regionalnym. Ja zdecydowanie jestem modern góralką – nowoczesną kobietą, która jest zainspirowana góralszczyzną i interpretuje ją na swój indywidualny sposób i w swoim stylu. Co mi można przypisać, to z pewnością góralski upór i temperament: nie ma, że nie! Otoczenie długo nie mogło zrozumieć moich wizji, wyobraźni. Wkroczyłam na nieznaną ścieżkę, wszystko musiałam więc udowadniać podwójnie – sobie i innym. Dziś mam ten komfort, że wszystko, co robię, to dlatego, że mam na to ochotę, a nie żeby kogoś przekonywać.

Miłość do gór, tradycji, wyniosłaś z domu? Czy jest jakieś wydarzenie, które wpłynęło na to, że zainteresowałaś się połączeniem mody z tradycją?

Do ludowych motywów, tradycji i folkloru, trzeba dojrzeć. Gdy byłam dzieckiem, osoby noszące motywy ludowe były wyśmiewane. Na studiach szukałam swojego stylu. Pewnego razu, zainspirowałam się strojem góralskim podczas Bożego Ciała na Podhalu. Ta przygoda nadal trwa. Powstała moja marka, ale także osobny nurt w modzie – o nazwie Folk Design. Dziś tradycja ma w sobie ogromną moc, bogactwo i ponadczasowość. Punkt widzenie bardzo się zmienił i jestem szczęśliwa, że miałam w tym procesie swój udział. Stałam się prekursorką połączenia tradycji z nowoczesnością w branży odzieżowej. Stroje ludowe są adresowane dla górali, a sympatycy mogą się cieszyć z odzieży z elementami folk, kultywując tradycję na co dzień na ulicy. Powstał transfer, wehikuł czasu, łączący pokolenia i tradycję z nowoczesnością.

Kiedy zrozumiałaś, że chcesz być projektantką?

Był taki moment w szkole średniej, kiedy trzeba było coś postanowić, a właściwie zadecydować: Co dalej? Podczas zajęć praktycznych, w moje ręce wpadła rzucona od niechcenia ulotka z Krakowską Szkołą Projektowania Ubioru. Do dziś mam przed oczami jej okładkę. Najbliższe otoczenie odradzało mi ten modowy pomysł na przyszłość – że to absurd, kaprys i gwarantowany brak przyszłości. Mój tata – z zawodu handlowiec, klepał mnie po czole i powtarzał: Dziecko – co ty będziesz po tych studiach robić? A ja w zaparte, jak to zodiakalny byk, decyzję na rogi i do przodu. Łatwo nie było! Pragnęłam „czegoś”, wtedy jeszcze nie wiedziałam czego. Z czasem, okazało się, że zawód projektanta mody to moja pasja, miłość, a nawet impuls, który wypełnia moje życie.

Jak wpadłaś na kierpce na obcasie czy ręcznie haftowane dżinsy? Zrobiły furorę. Nie obawiałaś się, jak zostanie przyjęte na Podhalu Twoje połączenie tradycji z nowoczesnością?

Od dziecka mieszkam na Podhalu, ale byłam ślepa, nie widziałam tego, co w pewnym momencie zauroczyło mnie bezgranicznie i pobudziło do tworzenia, przerodziło się w markę. Zaczęło się bardzo banalnie, zachwyciłam się strojem góralskim, ale nie jego formą. Pierwsze ubrania zaprojektowałam dla siebie. Wspomniane dżinsy w ręcznie haftowane parzenice i kierpce na obcasie, to był hit! No cóż, na Podhalu niekoniecznie dobrze przyjęty – w ortodoksyjnym góralskim środowisku raczej jako profanacja. Projekty wywiozłam poza Podhale, tam osiągnęły sukces. Po tym fakcie, w górach ludzie zaczęli przekonywać się do moich inspiracji.

Chcesz przeczytać cały artykuł?

https://agronomist.pl/artykuly/polka-folka-aneta-larysa-knap

https://agronomist.pl/